Site icon Portal informacyjny STRAJK

Cała władza w ręce OPZZ

Projekt reformy emerytalnej przyjęty przez

Przez wiele miesięcy, na wszelkie możliwe sposoby, przekonywałam wyborców SLD do niegłosowania na Magdalenę Ogórek. Nie odbiło mi do tego stopnia, żeby uważać, że mój apel miał jakiś znaczący wpływ na denny wynik Ogórek, ale z radością odnotowuję, że, co do zasady, miałam rację. Klęska tego idiotycznego i obelżywego dla lewicowych wyborców pomysłu postawiła partię do pionu i przypomniała jej, skąd jej nogi wyrastają. Świetnie się składa, że stało się to mniej więcej wtedy, kiedy OPZZ – stanowiące w czasach świetności postkomunistycznej formacji jej „drugą nogę” – odniosło największe bodaj zwycięstwo ruchu związkowego w 25-leciu. Trybunał Konstytucyjny uznał, że przepisy pochodzącej z 1991 roku ustawy związkowej,  dopuszczające do członkostwa w związkach zawodowych tylko „pracowników”, czyli osoby zatrudnione na umowę o pracę, są niezgodne z konstytucją.

OPZZ wezwał wszystkie siły lewicy do tego, aby usiąść przy wspólnym stole i pomyśleć, jak można uratować tę formację przed zniknięciem ze sceny. Owiany nimbem zwycięzcy może rzeczywiście coś na tym polu osiągnąć. Młodsze koleżanki i kolegów ze „Strajku”, a także sporą część pozaparlamentarnej lewicy, niewątpliwie zbrzydzi fakt, iż siłą rzeczy SLD zostanie w takiej nowej formacji „członkiem piwotalnym”. Trudno – Sojusz ma struktury, jakąś tam kasę i sprawność organizacyjną, której wyraźnie brak środowiskom „prawdziwej lewicy” – co dobitnie wykazał los Wandy Nowickiej i Anny Grodzkiej w wyborach prezydenckich. Bez Sojuszu stworzenie listy wyborczej, która ma realną szansę na wejście do Sejmu, jest dziś mało realne. Ale twarz i autorytet nowej formacji powinno zapewnić Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych.

Na wniosek OPZZ Trybunał orzekł, że przywilej walki o swoje prawa w ramach związków powinien przysługiwać każdemu, kto wykonuje pracę zarobkową. Czyli także pracownikom na śmieciówkach, na fikcyjnym samozatrudnieniu wymuszonym przez pracodawcę, który chciał oszczędzić na ZUS, różnorakich umowach cywilno-prawnych i innych usankcjonowanych formach wyzysku – obejmujących, wedle danych OPZZ, do 40 procent pracujących. Można się wprawdzie zastanawiać, dlaczego trzeba było aż ćwierćwiecza, żeby skorygować coś, co najpewniej było błędem w tłumaczeniu Konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy – ale zwycięzców się nie sądzi. Zwłaszcza, gdy zwycięstwo jest zjawiskiem tak unikalnym. A wyrok TK to decyzja fundamentalna dla – przepraszam za archaizm – walki klas w III RP. Uzwiązkowienie na poziomie 12 czy 16 procent (dane są różne) jest rzeczywiście żałośnie niskie – ale jeśli policzyć tych pracowników, którzy do związków mogą należeć (czyli są zatrudnieni na etatach) to okaże się, że odsetek zrzeszonych zbliża się do połowy. I uwaga: to działa. Najsilniejszą grupą zawodową w Polsce, grupą, której wszyscy się boją i która zawsze – jak zawodzą zapienieni liberałowie – „wyrywa sobie” co chce od kolejnych rządów są oczywiście górnicy. Ale wśród górników uzwiązkowienie jest nieomal stuprocentowe. Wysokie jest także w innych grupach, które cieszą „postkomunistycznymi przywilejami”: do związków należy 80 procent kolejarzy, 60 procent pocztowców, 50 procent pilotów, 40 procent nauczycieli. Także 60 procent pielęgniarek, które wprawdzie postkomunistycznych przywilejów nie mają, bo za komuny były środowiskiem zdecydowanie nieuprzywilejowanym, ale potrafią organizować akcje protestacyjne, które stawiają cały kraj na baczność – i coś tymi akcjami wywalczają (choć oczywiście nie tyle, ile by chciały). Nikomu nie przyszłoby do głowy, że może się odbyć, np., ogólnopolski strajk ochroniarzy. Tymczasem agentów ochrony na śmieciówkach – według danych Polskiej Izby Ochrony – może być w Polsce 180 tysięcy. Ogólnopolski protest tego środowiska, należącego do najbardziej wyzyskiwanych grup zawodowych w Polsce, niewątpliwie zostałby zauważony. Ale do tego trzeba związku zawodowego, który taki protest by zorganizował, skoordynował, zabezpieczył od strony prawnej. Teraz jest to możliwe.

Niewątpliwie teraz, kiedy już wolno, wszystkie trzy główne centrale związkowe – i setki pomniejszych – rzucą się na śmieciowych pracowników jak sęp na padlinę i wcale nie ma pewności, że OPZZ zdoła skonsumować największą, czy choćby znaczącą, część swojego zwycięstwa. Proces ten jednak będzie trwał i jego efekty poznamy w dalekiej przyszłości. Ale odpowiedzialność za losy lewicy Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych może, i powinno, wziąć już dziś. Władza leży na ulicy, żeby zacytować klasyka.

Legitymację OPZZ wzmacnia to, iż w mrocznych miesiącach ogórkizmu było ono tą organizacją, która zachowała wiarygodność, nie dała się wciągnąć w to żenujące przedstawienie, udowodniła swoją samodzielność i przywiązanie do lewicowych wartości. Wie to także Leszek Miller, który zareagował z nietypową dla siebie gorliwością na apel Jana Guza, wzywającego SLD do rozmów na temat współpracy i wspólnych list w wyborach. Dodatkowym walorem OPZZ jest i to, że dla niemałej części organizacji kanapowej lewicy, konkurujących ze sobą o to, kto bardziej pogardza SLD, autentyczna organizacja związkowa jest partnerem, którego znacznie trudniej odrzucić i zlekceważyć. Także dla tradycyjnych wyborców SLD – ludzi, którzy są na partię śmiertelnie obrażeni, ale tak naprawdę bardzo chcą jej wybaczyć – powrót do korzeni, do inteligencko-robotniczego sojuszu, który leżał u źródeł sukcesu lewicy postkomunistycznej w latach 90., będzie znakiem, na który czekali.

Moment, w którym jesteśmy – potencjał społecznego wkurwienia i gotowość do zmiany – jest dla lewicowej formacji zbudowanej wokół związku zawodowego momentem wymarzonym. Pytanie tylko, czy OPZZ da radę go unieść.

Próbuję w to uwierzyć. Jeśli nie z innych przyczyn, to dlatego, że alternatywa jest zupełnie tragiczna.

 

Exit mobile version