Reportaż DW wstrząsnął niemiecką opinią publiczną. Powinien wstrząsnąć także wschodnioeuropejską, ale do niej pewnie nie dotrze. Jego temat jest zbyt niewygodny, stawia zbyt fundamentalne pytania.

Po zapoznaniu się z materiałem Miodraga Soricia refleksja, która niemal automatycznie pojawia się w jaźni człowieka z naszego regionu, to pytanie o rolę, jaką przewidział dla nas – ludzi na wschód od Łaby – zachodni kapitał. Cukierkowa unijna propaganda nie przykryje, przynajmniej nie przed dociekliwymi (czy chociaż spostrzegawczymi), faktycznych stosunków pomiędzy krajami „starej” i „nowej” UE.

Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że w nowej rzeczywistości powszechnie idealizowany przez lewicę i demonizowany przez prawicę Zachód przewidział dla nas rolę parobków – mamy zmieniać pościel w ich hotelach, podawać jedzenie w ich restauracjach, zmieniać pieluchy ich noworodkom i starcom. Dziś okazuje się, że mamy dla nich także oprawiać zwierzęce zwłoki i ryzykować przy tym życie, by oni mogli zadowolić swoje podniebienia.

Z reportażu dowiadujemy się, że niemieckie rzeźnie stają się głównymi ogniskami nowych zachorowań na koronawirusa. Okoliczności te odsłaniają, niejako przy okazji, prawdę o warunkach, w jakich pracują i żyją pracownicy z Europy Wschodniej, którzy stanowią większość załogi tych zakładów.

Najgorsza sytuacja panuje w powiecie Coesfeld w Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie w zakładzie przetwórstwa mięsnego Westfleisch zarażonych jest ponad 240 pracowników, 10 proc. załogi. Gdy pojawiły się pierwsze przypadki zachorowań na Covid-19, szefostwo Westfleisch oraz lokalne władze samorządowe zignorowały ten fakt, lub jak kto woli – nie przejęły się nim. Nastawienie lokalnych urzędników zmieniło się, gdy nastąpił drastyczny wzrost nowych przypadków. Władze Nadrenii Północnej-Westfalii, zaalarmowane dużą liczba chorych, zleciły przebadanie wszystkich pracowników wszystkich rzeźni w regionie. Ponadto w Coesfeld nadal obowiązują obostrzenia, które w pozostałej części Niemiec zostały wczoraj zniesione (11 maja).

Chorują również pracownicy Tönnies-Gruppe, największego niemieckiego przetwórcy mięsa wieprzowego i wołowego. Koncern, śladem konkurenta, bagatelizuje problem, zapewniając na łamach Frankfurter Allgemeine Zeitung, że liczba chorych pracowników nie jest duża, a zatrudnieni oraz ich rodziny nawet w domach stosują się do rządowych wytycznych w kwestii higieny.

Zapewnienia szefostwa niemieckich zakładów mięsnych są jednak – co nie jest zapewne żadną niespodzianką – zakłamane. Znaczna część pracowników to osoby z Europy Wschodniej, i Południowo-Wschodniej. Pracownicy migracyjni mieszkają w warunkach urągających zdrowiu (i nawet nie chodzi tu o bieżącą pandemię). Ludzie ci stłoczeni są w wieloosobowych pokojach w starych, niefunkcjonalnych budynkach, które przyjęło się nazywać hotelami robotniczymi. W rzeczywistości przypominają bardziej obozy pracy. Panują tam warunki, które oględnie nazwać można polowymi. Niemożliwa jest tam jakakolwiek izolacja czy zachowanie należnej odległości pomiędzy osobami, które zmuszone są zamieszkiwać takie obiekty. Śledztwo Deutsche Welle dowiodło tego ponad wszelką wątpliwość.

Jeden z takich „hoteli” mieści się we wsi Rosendahl w Nadrenii Północnej-Westfalia. Przybyły na miejsce dziennikarz DW opisuje spotkanie z mężczyzną w wieku około 50 lat. W trakcie krótkiej rozmowy dowiaduje się, że dom, w którym ów mieszka, został objęty kwarantanną „z powodu koronawirusa”. Mężczyzna pracuje właśnie w rzeźni Westfleisch w pobliskim Coesfeld. Jest Rumunem. Oprócz przedstawicieli jego narodowości w rzeźni pracuje również wielu Polaków i Bułgarów.

„Wydaje się, że mężczyzna nie rozumie, że poddanie domu kwarantannie wymaga pozostania w nim. Ma na sobie papierową maskę, która zwisa luźno na jego szyi” – relacjonuje dziennikarz. „Rumuński rozmówca nie jest w stanie powiedzieć, ilu jego rodaków mieszka w jego budynku. Szacuje, że 12 lub więcej. Zewnętrzna skrzynka pocztowa jest pokryta rumuńskimi nazwiskami. Nie ma jednak żadnej informacji, jakoby obiekt był objęty kwarantanną. Brak oficjalnego powiadomienia, brak nawet jakiegoś odręcznego napisu, czy znaku, nic”. Sorić kontynuuje rozmowę, kolejny pracownik z Rumunii wraca z pobliskiego supermarketu, niosąc pod pachą karton jaj.

Mieszkańcy wsi sympatyzują z pracownikami. „To biedni ludzie, wychowani w nędznych warunkach i wykorzystywani” – mówi kobieta mieszkająca naprzeciwko „hotelu”.

Przed wjazdem do rzeźni Westfleisch dziennikarz spotyka Petera Kossena, 51-letniego teologa katolickiego, który trzyma w rękach tablicę z napisem „Koniec współczesnego niewolnictwa”.

„Ta katastrofa była na horyzoncie od tygodni”, mówi Kossen, dodając, że wielu zagranicznych pracowników żyje „stłoczonych w spleśniałych i niszczejących domach”, a do pracy dojeżdża „przepełnionymi autobusami, które służą do przewożenia pracowników do rzeźni”.

W sprawie pracowników migracyjnych z Europy Wschodniej wypowiedziała się Anne-Monika Spallek, rzeczniczka Zielonych w Coesfeld. Spallek twierdzi, że nikt nie wziął odpowiedzialności za sytuację zdrowotną i zapewnienie bezpieczeństwa pracowników, a władze państwowe, landu i niższych szczebli samorządu przerzucały się wzajemnie odpowiedzialnością. Podejrzewa, że ​​jeden z powodów ma związek z faktem, że pracownicy Westfleisch z Europy Wschodniej i Południowo-Wschodniej są oficjalnie zatrudnieni przez agencję pracy, a niemieccy urzędnicy resortu ochrony zdrowia angażują się w działania dopiero po potwierdzeniu nowych ognisk koronawirusa.

Spallek wątpi, aby agencje podjęły kroki wymagane prawem, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa w hotelach robotniczych, które wynajmują imigrantom zarobkowym. W rozmowie z Soriciem wyjaśnia, że każdy pracownik powinien mieć pokój dla siebie, a osoby, u których stwierdzono obecność koronawirusa w organizmie należy szybko odizolować od pozostałych pracowników. Ci, którzy zostali objęci kwarantanną, powinni otrzymywać dostawy artykułów spożywczych i innych niezbędnych do życia artykułów bez konieczności wychodzenia z domu.

W ciągu kilku dni testom na obecność koronawirusa zostało poddanych 930 pracowników Westfleisch. Fabryka jest w tej chwili zamknięta. Niestety, wciąż nie jest jasne czy i jakie kroki zostaną podjęte celem likwidacji tych niemieckich rozsadników koronawirusa. Póki co – poza uczciwymi dziennikarzami i politykami – wszyscy, a zwłaszcza decydenci, patrzą w inną stronę.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. A ty na co liczyłeś Bojanie?
    Na litość? I to ze strony Boschów?
    UE nie jest po to aby komuś biednemu poprawić byt, a po to aby bogaci nigdy nie zbiednieli!
    Dotarło nareszcie do pięknoduchów brukselką karmionych?
    Mam nadzieję że choć po części. Dwadzieścia lat wstecz krytyka stosunków w UE spotykała się z zarzutami – ,,patrzcie głupiego” czy wręcz ,,ty chcesz powrotu komuny, tego dziadostwa”, myślę że dziś po praktykach w takich niemieckich rzeźniach niejeden do czasów Gierka na kolanach by wracał.

  2. Można kląć i złorzeczyć na tych wrednych kapitalistów, że tak eksploatują i wykorzystują biednych ludzi, ale to my, wszyscy konsumenci jesteśmy za to odpowiedzialni. Udajemy przy tym, że nie wiemy, skąd się biorą niskie ceny na mięso i inne artykuły spożywcze i inne. Aby móc kupić tani produkt, ktoś musi go tanio wyprodukować.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Niewolnicy zacisnęli pięść. Jak rumuńscy robotnicy w Niemczech wygrali z nieuczciwym pracodawcą

Zakwaterowano ich w barakach między cmentarzem a oczyszczalnią ścieków. Kiedy mieli otrzym…