Strajk w PLL LOT na przełomie października i listopada trwał kilkanaście dni. Bardzo długo, jak na realia polskiego ruchu pracowniczego, ale w liczbach bezwzględnych, w szerszej perspektywie – nie tak znowu wiele. Ale to wystarczyło, by związkowców i członkinie oraz członków LOT-owskich załóg mnóstwa rzeczy nauczyć. Jasno i precyzyjnie, chociaż z nieskrywaną goryczą, wyrażała to na spotkaniu 5 grudnia Monika Żelazik, charyzmatyczna liderka jednego z protestujących związków. Nie umieliśmy strajkować – teraz już mamy doświadczenie; wiemy, kto nam naprawdę pomagał, a czyje obietnice były nic nie warte; widzimy, że zawieszenie strajku, a potem jego przerwanie nie pomogło, bo to właśnie przerwanie pracy było naszą największą bronią – mówiła. Słuchający aktywiści i pracownicy nie mieli wątpliwości: ona naprawdę, gdy będzie trzeba, znowu poprowadzi ludzi do strajku, wyciągający przy jego organizacji wnioski z poprzedniego protestu.

Nie każdy to potrafi. Wczorajsza Rada Krajowa pokazała, że nie potrafi na przykład Sojusz Lewicy Demokratycznej, chociaż na uczenie się na błędach i doświadczeniach miał kilkanaście lat, a nie dni. Powzięte decyzje w sprawie wyborów do Europarlamentu, a następnie wyborów krajowych, dopuszczenie jako jednej z opcji startu w koalicji z PO, PSL i padającą Nowoczesną urągają nie tylko konsekwentnie lewicowej wrażliwości. To po prostu działanie wbrew logice.

SLD w ciągu tych kilkunastu lat podeptało socjaldemokratyczne ideały nie raz. Równocześnie jednak, zachowując lewicową nazwę, czerwone logo i formułując programy bez neoliberalnej nowomowy partia utrzymała pewną pulę elektoratu, który jest gotów dawać Sojuszowi kolejne szanse, bo uparcie, mimo wszystko widzi w nim choćby minimalną alternatywę dla prawicy, skrajnej prawicy i betonowej prawicy. Niedawno szansę SLD postanowiła dać również partia Razem, przegrana z kretesem w wyborach samorządowych, ale przecież ciągle zrzeszająca pewną liczbę ludzi szczerze identyfikujących się z lewicą i gotowych działać w obronie pracowników. A dla zjednoczonej socjaldemokracji rysują się wcale nienajgorsze możliwości. Łukasz Moll trafnie zauważył, że różnice między PiS i PO właśnie redukują się do absolutnego zera. Po stronie PiS nie ma mowy o żadnych nowych programach społecznych ani nawet o dokończeniu skompromitowanego Mieszkania Plus, są za to afery i łamanie praw pracowniczych w państwowych spółkach. W PO, nawet gdy zabierają się za próby „uspołecznienia” programu, wychodzi kompromitacja i nowe prezenty dla biznesu. „Nowa siła” Roberta Biedronia daje kolejne sygnały potwierdzające, że lewicą nie będzie i nigdy być nie zamierzała. Ba, jak pokazują sondaże, odbiera wyborców raczej PO niż lewej stronie. Nic, tylko korzystać, skończyć bezowocne przepychanki, wyjść do coraz bardziej zdezorientowanych wyborców z sensownym programem i wiarygodnie go prezentować.

Zamiast tego SLD zasygnalizowało (dla niektórych: potwierdziło), że jest w gruncie rzeczy partią obrotową, której zależy wyłącznie na miejscach w PE i w parlamencie, a z kim się je zdobędzie i co partner ów myśli o lewicowych postulatach ma drugorzędne znaczenie. Bo zaklinanie się, że ewentualna koalicja z liberałami będzie opierała się na „trzech P: programu, partnerstwa i podmiotowości” to polityczna ślepota lub cynizm. Od kiedy to prawica spod znaku PO i jej „nowoczesnego” klonu jest skłonna traktować lewicę podmiotowo i jako partnera? Jaki wspólny program, który nie będzie „demokratyczną” nowomową, można z taką prawicą opracować? Taki, jaki „wywalczyła” Barbara Nowacka, godząc się na rolę dekoracji na konwencji samorządowej Koalicji Obywatelskiej? A może taki, w którym liberałowie wspierają biznes, a wkładem „lewicy” są zachwyty nad Unią Europejską plus ewentualnie związki partnerskie?

Oczywiście SLD nie przesądza, że takie właśnie będą jego następne ruchy. Jeśli jednak aluzje do koalicji z PO miały być środkiem zmotywowania Razem i innych mniejszych grup do rozmów, to znowu logika zawiodła. Aktywiści Razem z ciężkim sercem dopuszczali porozumienie z pogardzaną „farbowaną lewicą”, szukając jakichś dróg wyjścia lewicy z kompletnego impasu – właśnie przekazano im, że dla potencjalnych partnerów takie szukanie drogi jest zaledwie jednym z wariantów, który zostanie bez żalu porzucony, jeśli strona nielewicowa da więcej. Po co z kimś takim negocjować?

Lewicowa alternatywa jest w Polsce potrzebna i są ludzie, którzy chcieliby na taką głosować, a także tacy, którzy daliby się do tego przekonać. Niestety, formacja, która ma do tego ciągle najlepszą pozycję wyjściową, zamiast wychodzić do wyborców wchodzi znowu na drogę, na końcu której zamiast swoich „trzech P” może dostać wyłącznie inne P: porażkę. I to wtedy, kiedy perspektywy na przyszłość dla polskiej umiarkowanej lewicy są nieco lepsze niż beznadziejne. A wystarczyłoby uczyć się na własnych doświadczeniach.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Każda z głównych partii w III RP była i jest obrotowa. Czy start z PO,PSL,.N urąga logice. Wielkich różnic na poziomie europejskim pomiędzy S&D i EPP nie ma, a i ALDE to frakcja do której S&D bliżej niż np do GUE/NGL. Widocznie w SLD panuje przekonanie, że partii nie stać na ryzyko i liderzy nie chcą go podejmować. Wolą bronić stanu posiadania w PE, oraz mieć gwarancje uzyskania jakichkolwiek mandatów parlamentarnych.

  2. Przecież w RP ważne są stołki… i nie jest istotne kosztem kogo i we współpracy z kim zdobyte… A miejsca w PE i Sejmie RP to wiele stołków za jedno miejsce… Ideowość została zastąpiona (skutecznie) interesownością.

  3. Wypowiedzi Liberadzkiego przytoczone w komunikacie wyraźnie sugerują, ku czemu skłaniają się w Sojuszu.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Gdzie ta niepodległość?

Odświętowaliśmy. Płonęły race, strzelały fajerwerki, szumiały biało-czerwone flagi. Przesz…