O konkwistadorskich strategiach współczesnych internetowych gigantów, o tym, jak kapitalizm inwigilacji pozbawia nas samej esencji i sensu życia politycznego i czy są możliwości wyjścia z tej sytuacji Portal Strajk, inspirując się recenzowaną niedawno pracą Shoshany Zuboff Wiek kapitalizmu inwigilacji, rozmawia z Łukaszem Mollem, filozofem i socjologiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Wrocławskiego.

Czym dla Ciebie właściwie jest wspomniana w podtytule książki Zuboff nowa granica władzy, jak rozumiesz to pojęcie?

Warto byłoby zacząć od tego, skąd w ogóle pomysł Zuboff na tę książkę. Widzę u niej kilka głównych inspiracji. Mamy tam do czynienia z analizą antykolonialną, która odwołuje się do podboju Ameryki i strategii podboju oraz kontroli stosowanych przez konkwistadorów, polegających na podejściu głoszącym, że „przybywamy tu jako ci rozwinięci, mamy do czynienia z dzikusami, wiemy co jest dobre a co złe, nie potrzebujemy więc żadnej legitymizacji. My po prostu odczytujemy wam akt poddaństwa wobec króla hiszpańskiego i macie się podporządkować”. Zuboff pokazuje, że mamy dziś do czynienia z pewnego rodzaju powtórką tej konkwistadorskiej strategii.

Łukasz Moll/ fot. Facebook

Google w pewnym momencie wprowadza na przykład nagle nową technologię. Niech będzie to Google Street View, do którego od lat jesteśmy przyzwyczajeni: został wprowadzony bez żadnej zgody nas mieszkańców, naszych rządów, przedsiębiorców, lokatorów czy społeczności lokalnych. To po prostu zostało zrobione i zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym. Dokładnie to samo tyczy się Google Books, które też już oswoiliśmy. Są tam udostępnione książki, niektóre w całości, niektóre we fragmentach. Bez zgody twórców, wydawców i bibliotekarzy nagle jednak z korporacji wpadła na to, by skopiować pewien zasób dostępnej wiedzy – oczywiście niecały, lecz przede wszystkim anglojęzyczny i wybrany przez nich – twierdząc, że robią to dla dobra publicznego, pomimo tego, że z nikim tego nie konsultowali. Uzasadniali to mówiąc, że chodzi o poszerzenie dostępu do wiedzy, lecz jednocześnie, czego nie mówili, chcieli stać się monopolistami tego dostępu. Ta granica władzy to jest właśnie ta strategia konkwistadorska.

Mamy również inne metody jej definiowania…

Tak, tak z całą pewnością. Mamy do czynienia z odwołaniami do Karla Polanyiego, a dokładnie jego dostępnej po polsku Wielkiej Transformacji, a więc analizy logiki utowarowienia. Według niego gospodarka kapitalistyczna mogła się rozwinąć, ponieważ zostały przez nią utowarowione z początku rzeczy, które wcześniej były kontrolowane przez samo społeczeństwo: praca, ziemia i pieniądz. Rzeczy wcześniej mające wymiar moralny, sensotwórzy i społeczny stały się czynnikiem akumulacji kapitału.

Zdaniem Zuboff tym samym stają się dziś wiedza, informacja i kod informatyczny. Nie tylko w sensie wspomnianym powyżej, w kontekście Google, ale też w kwestii aktywnego wpływu na nasze nawyki, gusta, to algorytm zdecyduje gdzie chcę pojechać, jakiej muzyki słuchać, co nosić tego lata. Jest to próba utowarowienia życia najbardziej utkwionego w nas, naszych nawykach, naszej indywidualności i ciele.

Trzecia kwestia, którą warto wspomnieć to perspektywa marksowska. Analiza Zuboff mocno czerpie z marksowskich analiz akumulacji pierwotnej i grodzeń dóbr wspólnych. Znowu mamy tu do czynienia z próbą przejmowania kolejnych nieogrodzonych pastwisk, które zostają grodzone przez korporacje. A my jesteśmy tym samym pozbawiani możliwości kontrolowania coraz to kolejnych przestrzeni.

Liczni marksiści wskazywali przez lata, że istnieje coś takiego jak pogranicze kapitału, który musi swe granice z czasem coraz bardziej poszerzać. Wiemy, między innymi dzięki Róży Luksemburg, że następuje to zarówno w aspekcie ekstensywno-geograficznym, burząc Koreę Północną, Bliski Wschód, oceany i góry, ale też w wymiarze intensywny, wewnętrznym, penetrującym naszą jaźń, psychikę, ciała. Te trzy wymiary ukazują właśnie przestrzenie tej nowej granicy władzy.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że ta nowa władza, jej przesunięcie wynika z samej logiki kapitału. Wedle Zuboff jednak jest to pewnego rodzaju anomalia, wynaturzenie, coś niepożądanego, z czym nie powinniśmy mieć do czynienia.

Gdy przerabiam tę książkę ze studentami, to oni twierdzą, że „ta autorka jest krytyczna wobec technologii, bo uważa, że technologie same z siebie tę nową granicę władzy wytwarzają”. Wtedy staram się to korygować i mówię, że „jeśli się wczytacie, to nie technologie jako takie, lecz technologie w kapitalizmie. Jest to wedle niej logika kapitalizmu inwigilacji”. Jest to zresztą dla niej kluczowe pojęcie, kapitalizm inwigilacji, nie technologie. W tym wymiarze jest ona całkiem marksowska, idąc w kierunku logiki wywłaszczenia i akumulacji.

Z drugiej strony masz rację, że z perspektywy radykalnej można stwierdzić, że wedle Zuboff może zaistnieć kapitalizm zreformowany, kapitalizm, w którym pęd korporacji technologicznych do zawłaszczania życia zostanie poddany kontroli. Dla niej to nic nowego. Jak popatrzymy na historię kapitalizmu i kolejnych reżimów akumulacji, to zawsze istnieje pewnego rodzaju napięcie pomiędzy uspołecznieniem a spuszczeniem kapitału ze smyczy. Zuboff podaje tutaj głównie przykłady amerykańskie, od New Dealu po ustawy antymonopolowe i erę pełnego zatrudnienia. Póki strona społeczna ma instancje pozwalające jej ograniczać pęd akumulacji, poprzez związki zawodowe, ruchy obywatelskie i konsumenckie, wtedy nie wygląda to tak źle. Możemy wtedy czerpać większe benefity z rozwoju technologii w kapitalizmie.

A zatem jej opowieść jest bardziej antyneoliberalna, niż antykapitalistyczna. Zuboff pokazuje, że neoliberalizm rozmontował dotychczasową infrastrukturę społeczną i nie dał żadnej nowej w zamian. Tutaj, co ciekawe, pokazuje ona, że nowa lewica zafascynowana indywidualną ekspresją, wolnością i antybiurokratyzmem była bardzo nieufna wobec struktur wertykalnych, zarządczych. Do ustanowienia tego nowego porządku przyczyniła się zatem post-hipisowska kultura. Tym samym Zuboff sytuuje się w spektrum amerykańskiego demokratycznego populizmu, stojąc po stronie ruchu pracowniczego, organizacji masowych, to jest jej tradycja.

Ale jeszcze bardziej ta książka inspiruje się myślą Hannah Arendt, aż dziwne, że wcześniej o tym nie wspomnieliśmy. To właśnie ona uważała, że totalitaryzmy XX wieku mogły tak łatwo zawłaszczyć przestrzeń polityczną ze względu na to, że ludziom brakowało języka opisującego ich mechanizmy. Arendt starała się stworzyć taki słownik w swojej twórczości. Mam wrażenie, że i również Zuboff miała podobną ambicję skupioną wokół pojęcia kapitalizmu inwigilacji. Jak oceniasz to przedsięwzięcie, co nam ono mówi o dzisiejszej rzeczywistości?

Widzę tutaj dwa punkty styczne. Faktycznie, tak jak mówisz: życie w strukturach totalitarnych sprawia, że znieczulamy się, przyzwyczajamy się. Na początku coś, co zrobił Google czy Facebook nas szokowało, były jakieś procesy sądowe, mandaty, koniec końców śmiesznie niskie, korporacje zaczęły przepraszać, lecz w taki sposób, że nikt tego nie brał na poważnie. Na sam koniec mamy do czynienia z logiką faktów dokonanych i stwierdzamy, że jest lepiej niż było, bo kiedyś nie było w ogóle żadnych wyszukiwarek, a teraz są. Nie zadajemy sobie jednak najważniejszego pytania, a więc tego, kto powinien mieć nad nimi kontrolę.

Mnie jednak interesuje bardziej drugi punkt styczny z Arendt. Jej książka Kondycja ludzka, która dla mnie jest ciekawsza niż Korzenie totalitaryzmu pokazywała, że samą esencją działalności polityczne jest to, że w jej ramach zawsze możemy powołać do życia coś nowego. To różni politykę od innych części naszego życia. Owszem, rodzą się dzieci, ale ich życie jest biologicznie zdeterminowane, praca również jest materialnie zdeterminowana. Natomiast partycypując w dobru wspólnym, debacie, głosowaniu, jesteśmy w stanie powołać do życia coś zupełnie nowego. To jest dla niej istotą demokracji.

Tymczasem Zuboff pokazuje, że z tego właśnie nas kapitalizm inwigilacji wywłaszcza. Zabiera nam możliwość decydowania o tym, jak będą działać nowe technologie, co więcej często nie płaci podatków, a zbiera równocześnie benefity z działalności publicznej. Kapitalizm inwigilacji zabiera nam też prawo do przyszłości. Cała ta infrastruktura inwigilacyjno-nadzorcza nie działa tylko w teraźniejszości, ale również ogranicza horyzont naszej wyobraźni na przyszłość i determinuje nasze przyszłe wybory.

Ma to też implikacje czysto materialno, ekonomiczne. Wszystko jest inwestycją, która musi się zwrócić.

Dokładnie, jeżeli istnieje pewna infrastruktura, w którą włożono ogromne środki, to wiadomo, że kapitaliści nie pozwolą na to, by ona przestała działać. W związku z tym przy kryzysie klimatycznym nie jesteśmy w stanie przeforsować pewnych rzeczy – to samo tyczy się kapitału węglowego czy paliwowego – ponieważ to jest, to działa, są w to włożone ogromne środki. Kapitalizm inwigilacji zabiera nam, zdaniem Zuboff, przy tym wszystkim także prawo do sanktuarium, czyli prawo do bycia offline. Widzieliśmy to świetnie w trakcie lockdownów: nawet kiedy jest się na urlopie niezwykle trudne jest nieodbieranie maili, niesprawdzanie wszystkich kanałów komunikacji.

Zuboff nie wierzy w takie indywidualistyczne strategie. Wszyscy mamy takich znajomych, którzy mówią: „a ja nie sprawdzam maila, a ja nie mam Facebooka/smartfonu”. Jasne, są pojedyncze osoby, które mogą się z tego wypisać, jednak jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Równocześnie są to ludzie, którzy na takich małych aktach nieposłuszeństwa budują wizję siebie, jednocześnie nie widząc, jak na wiele innych sposób są uwikłane w te wszystkie zależności, w kapitalizm inwigilacji. Nawet jeśli odłączymy się od niektórych urządzeń, to i tak nasze dane będą zbierane, będziemy nagrywani przez monitoring, a algorytmy będą rządzić naszymi wyborami. Potrzebna jest tu kolektywna odpowiedź.

Mam wrażenie, że nie ma na nią miejsca, sama książka zarysowuje pewien fatalistyczny obraz rzeczywistości, do którego mi coraz bliżej. Jeżeli sami jesteśmy wywłaszczeni z przyszłości, to jak mielibyśmy ją kreować, w sposób który uwolniłby nas od kapitalizmu inwigilacji? Sama objętość tej książki, jak i styl, czy język wskazują, że nie jest ona kierowana do większej grupy ludzi, a więc do potencjalnych kolektywnych podmiotów, a raczej do decydentów, polityków, kapitalistów na których łasce znajduje się nasza przyszłość.

To jest pewien paradoks tej pozycji. Z jednej strony jest ona pełna przykładów, łatwo podanych danych, uderza w moralne tony, miała więc być poczytna i masowa. Jednak wśród studentów książka ta nie przyjmuje się. Ludzie reagowali na Zuboff alergicznie, odbierali ją jako autorkę histeryczną, moralistyczną, piszącą rozwlekle. Sugerowali, że można było ten sam materiał rozpisać na sto pięćdziesiąt, czy dwieście stron. I tutaj się z nimi zgadzam.

Nie potrafię też być fanem pozytywnej wizji zawartej w pracy. Książka ta pokazuje w zasadzie, że abyśmy się obudzili, musimy przejść drogę krytycznej dekonstrukcji, taką drogę jaką przeszła sama autorka, która zaczęła czytać o technologii, zanurzać się w raportach, w danych, by zauważyć w swym codziennym życiu uwikłanie w kapitalizm inwigilacji. OK, ale równocześnie popadła ona też w pewnym momencie w stan paranoi, która była też podszyta pewnym poczucie wyższości wobec maluczkich, którzy korzystają ze smartfonów, oglądają Netflixa i nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Mnie to nie zachęca do tego, by zaangażować się w zmianę rzeczywistości.

Ta książka nie będzie manifestem czytanym przez aktywistów. Nawet jeśli sięgną po nią zawodowi działacze, to nie będzie ona odbierana masowo. Już teraz Zuboff jest zapraszana jako prelegentka na dyskusje z decydentami, stając się koncesjonowaną opozycją. Wydaje mi się, że pracą, która unika mielizn Zuboff, jest Kapitalizm sieci Jana Zygmuntowskiego. To praca napisana jako raport, a więc bardziej zwięzła. Autor jest sceptyczny wobec kapitalizmu inwigilacji, sięga do publikacji krytycznych (Zuboff też), a jednocześnie nie wchodzi w tony gnostyckie, tylko wprowadza pojęcia, które pozwalają nam pokazać co można dzisiaj realnie zrobić z istniejącą infrastrukturą. Mówi on o zarządzaniu kooperatywnym, o spółdzielniach sieciowych, powołuje się na przykłady reform, które są kolektywne, a nie indywidualistyczne. I to jest interesujący kierunek.

Rozmawiał Wojciech Łobodziński.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Ciemna strona mikropracy

Co by było, gdyby praca oznaczała zabawę, a ciężka praca nie oznaczała prawie w ogóle prac…