Do miasta granicznego, Tijuany, dotarły prawie 3 tysiące ludzi. Po drugiej stronie granicy czeka na nich 6 tysięcy amerykańskich żołnierzy wysłanych przez Trumpa. Amerykańska straż graniczna rozpatruje około 100 wniosków azylowych dziennie. Tymczasem władze miasta obawiają się, że w ciągu najbliższych dni ilość migrantów przybyłych do Tijuany i okupujących przejście może wzrosnąć nawet do 10 tysięcy kiedy do granicy dotrze „reszta” karawany. Mieszkańcy protestują: „Nie chcemy ich tu!” – krzyczeli podczas niedzielnego protestu.

Kilkaset osób wykrzykiwało „Precz, precz!”, kilkadziesiąt zorganizowało manifestację poparcia.

Ale mimo że Tijuana jest przyzwyczajona do fal migrantów przechodzących przez miasto w obie strony, nastoje nie są zbyt przyjazne. Mniej więcej jedna trzecia chciałaby pozbyć się przybyszów idących z Hondurasu.

Lokalny samorząd stwierdził, że jest w stanie utrzymać i wykarmić w przygotowanych na tę okoliczność obozach przejściowych około 3 tysięcy osób przez 2 miesiące. Później potrzebne będzie odgórne wsparcie rządu federalnego Meksyku (na razie obiecał dać 4 mln dolarów). Natomiast rząd Hondurasu, skąd pochodzi większość imigrantów, urządził nawet „ruchomy konsulat” – można tam uzupełnić dokumentację, aby ubiegać się o azyl w wymarzonym amerykańskim raju.

W Tijuanie mieszka na stałe około 2 milionów ludzi. W okolicznych fabrykach i montowniach na imigrantów czeka 5-6 tysięcy miejsc pracy, ale tylko nieliczni z karawany decydują się ją podjąć i osiedlić się w Meksyku. Twierdzą, że nie po to przemierzyli na piechotę 2 tysiące kilometrów, aby poddać się przed samą granicą „krainy mlekiem i miodem płynącej”. Ale niektórych przekonują argumenty, że prawdopodobnie i tak nie dadzą rady osiedlić się w USA. Kilkadziesiąt osób, w większości matek lub ojców wielodzietnych rodzin, zdecydowało się przyjąć oferty pracy w okolicy, by po prostu nie umrzeć z głodu. Nawet ci, którzy już złożyli wnioski o azyl, spędzą bowiem w Meksyku wiele miesięcy, ponieważ na rozpatrzenie sprawy czeka się około pół roku. Wielu koczujących przy przejściu z San Diego nie zdaje sobie z tego sprawy.

Do Tijuany zbliża się dalsza część rozproszonego pochodu. W pobliżu przejścia na migrantów czekają metalowe bramki na drogach dojazdowych, płot graniczny zaś wzmocniono drutem kolczastym. Po drugiej stronie czekają uzbrojeni żołnierze wysłani przez Donalda Trumpa. Meksykanie odradzają migrantom drogę „na dziko” czyli próby okrążenia płotu drogą morską lub przez pustynię. Burmistrz miasta, Juan Manuel Gastelumm, jednoznacznie wyraził swoje stanowisko: – To dla mnie są nie żadni imigranci, tylko banda niepożądanych włóczęgów i ćpunów.

Twierdzi, że w najbliższym czasie ogłosi w Tijuanie referendum na temat tego, czy mieszkańcy chcą obecności migrantów. Największe obawy, jakie wyrażają Meksykanie, to fakt, że wielotysięczne obozowiska będą utrzymywane z podatków. W drodze do miasta granicznego jest kolejna wielka fala pielgrzymów, uciekających przed ubóstwem i przemocą.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Trzy lata więzienia za „Je..ć Dudę”? Prokuratura prześladuje maturzystkę

Trzeba uważać co się mówi, zwłaszcza gdy w pobliżu są kamery. Przekonała się tym 19-letnia…