Rośnie fundamentalistyczny radykalizm w młodym pokoleniu Polaków. – Módlmy się, by jak najszybciej wyemigrowali, dzięki czemu ochronimy porządek – apeluje prof. Janusz Czapiński na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”. Nie wierzę w dobroczynną siłę modlitwy – a wręcz przeciwnie, wiem, że jeśli działa, to negatywnie, nie zamierzam więc protestować przeciwko apelowi profesora.

Jest rzeczą oczywistą, że profesor, jako jeden z nielicznych przedstawicieli klasy uprzywilejowanej, będzie drżał o naruszenie istniejącego porządku. Dla niego ten porządek to raj. Ma pieniądze. Ma stabilizację. Ma przyjemnie monotonne te same gęby rano, po południu i wieczorem w telewizji. W radiowych korytarzach kłaniają mu się w pas, w prasie cytują jako eksperta. Jaki miałby interes w tym, by to zmieniać? A przecież od psychologa społecznego, człowieka zawodowo zajmującego się relacjami jednostka-społeczeństwo można by było oczekiwać pewnej uczciwości intelektualnej. Lub choćby refleksji, skąd ów fundamentalistyczny, jak to był łaskaw ująć, radykalizm się wziął. Na co jest odpowiedzią. I dlaczego powiedzenie takim ludziom wprost „wynoście się stąd, my chcemy świętego spokoju” jest – no cóż – jest obrzydliwe. Nie, nie jest obrzydliwa potrzeba świętego spokoju. Na swój sposób każde z nas potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Obrzydliwe jest niedostrzeganie, że radykalizm, antysystemowość, przyjmowanie skrajnych postaw — to przejaw braku tego poczucia. I że rolą przyzwoitego człowieka jest troska o to, by ta potrzeba była zaspakajana dla wszystkich. W późniejszej rozmowie w Tok FM profesor podkreślał przekąs, z jakim wypowiadał zdanie o modlitwie o wyjazd. Zaznaczył wręcz, że rozumie gniew młodych ludzi, którzy „winą za swoją sytuację próbują obarczać tzw. establishment”.

A kogo mamy obarczać? Siebie? Swoich rodziców? Plamy na słońcu? Nie mamy pracy. Jeśli ją mamy, to na śmieciówkach. A jeśli na etatach, to zaraz zaczynają nas nadgryzać bankierzy, bo chcemy mieć gdzie mieszkać, a nie stać nas na mieszkania bez kredytów. Czy uczymy się lat dziesięć, czy dwadzieścia, perspektywy mamy podobne: niepewność jutra, porzucone marzenia o urlopie, zwlekanie się do pracy z gorączką, bo zwolnienie lekarskie oznacza cięcie premii lub brak kolejnej umowy. I tak, jest to wina establishmentu, że nie ma poczucia elementarnej solidarności z nami i nie próbuje zmienić tego stanu rzeczy. Czapińscy tego świata powinni wreszcie zacząć to widzieć. W swoim własnym interesie. Bo my, prędzej niż wyemigrujemy, wyjdziemy na ulice.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Śląsk albo oblany test z odpowiedzialności

Przyszło mi w ostatnim czasie kilka razy pisać o górnikach, którzy w ramach protestu nie w…