Gdy w jednym z poprzednich komentarzy wezwałam do tego, by zjednoczona Lewica, która tak chętnie mówi o odwadze, była odważna naprawdę i zawalczyła o nieustannie łamane w Polsce prawa pracownicze, towarzysze bardziej od Lewicy radykalni niby się z przesłaniem zgadzali, ale dodając: przecież i tak się tego nie doczekamy. A jednak! Konglomerat Razem, SLD i Wiosny zaprezentował na swojej konwencji, i prezentuje dalej, solidne socjaldemokratyczne minimum, skomponowane w oparciu o niezłe rozpoznanie najbardziej palących problemów. Wyborcy mogli usłyszeć sensowne pomysły na politykę mieszkaniową, przemyślane wizję rozwoju transportu, jasny postulat podwyżek płac (nie tylko minimalnej!). I to się opłaciło. Do żelaznego elektoratu lewicy zaczyna dołączać rozczarowane „lewe skrzydło” elektoratu KO (nie mylić z wirtualnym lewym skrzydłem struktur PO), a obawy o przekroczenie bariery 8 proc. ustąpiły miejsca nadziejom, że 13-14 proc. z ostatnich sondaży powtórzy się 13 października.

Dlatego też wczorajszy występ Roberta Biedronia w „Kropce nad i”, a w mniejszym stopniu również rzucane przez Włodzimierza Czarzastego zapewnienia, że Lewica będzie współpracować z całą opozycją, budzą co najmniej konsternację. Kiedy szef sztabu wyborczego KW SLD zapisał przyszłych socjaldemokratycznych posłów do armii „progresywnej” Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, bo w samej konserwatywnej Platformie armii ona nie posiada, powtarzał w ekspresowym tempie te same błędy, przez które lewica jest w Polsce w tym miejscu, gdzie jest. Zawczasu zapewnił tzw. liberałów, że mogą liczyć na lewicowe szable w sprawach, które sami wskażą, bo Lewica pozostaje naiwna na tyle, by widzieć w szeregach konkurencji osoby sobie bliskie. Dał też sygnał, że fioletowo-karminowo-czerwoni nie wierzą we własne zwycięstwo, a może nawet niespecjalnie go chcą, a jeśli o coś walczą, to o lepszą pozycję przetargową w rozmowach z partnerem tyleż mało wiarygodnym, co mało rokującym, bo popełniającym żenujące błędy na pozornie własnym podwórku.

I nie zatarły złego wrażenia dalsze słowa Biedronia, kiedy zapewniał o swojej sympatii dla wszystkich aktywnych polityczek i marzył o „dzielnych, otwartych premierkach”. Bo tak się składa, że przynajmniej w kilku przypadkach sympatię i poparcie lidera Wiosny zdobywały raczej kobiety, które niewiele miały wspólnego z równością czy zmienianiem polskiej polityki – bizneswoman Monika Gotlibowska, skarżąca się na ciężki los polskich przedsiębiorców (ostatecznie odeszła z Wiosny, i całe szczęście) czy oskarżana o mobbowanie działaczy wiośnianej młodzieżówki Monika Pawłowska, „ukarana” za całokształt działań… jedynką na wyborczej liście. Dla odmiany dla działaczki naprawdę odważnej i naprawdę szczerze oddanej hasłom sprawiedliwości społecznej, Pauliny Piechny-Więckiewicz, Wiosna była w stanie wygospodarować miejsca najpierw na liście w Siedlcach, a teraz w świętokrzyskim. Delikatnie mówiąc, niezbyt rokujące…

Jeśli coś ratuje moje przekonanie, że ta Lewica, nawet jeśli ograniczyła się do socjaldemokratycznego minimum, może odegrać przynajmniej jakąś rolę w ratowaniu lewicowych pojęć i języka przed kompletnym obrzydzeniem i zdeformowaniem, to raczej komentarze takie, jak dzisiejszy radiowy występ Adriana Zandberga. Stanowczy, w obronie pracowników, jasno rozstawiający akcenty. „Chcę rządu, który zlikwiduje w Polsce śmieciówki”, „chciałbym, żeby po wyborach powstał rząd, który pchnie Polskę w kierunku nowoczesnego państwa dobrobytu, który stworzy wielki program budowy mieszkań” – to jest przekaz, z którym Lewica może wywalczyć 14, a może nawet 16 i więcej proc. Nie płaszczenie się przed „liberałami”, którzy zawsze będą lewicę traktować tylko instrumentalnie. Nie zastanawianie się, które postulaty zostaną zaakceptowane przez potencjalnego koalicjanta, a które okrzyknięte „lewackim oszołomstwem”.

Lewico – już korzystałaś na tym, że byłaś bardziej lewicą niż „lewicą”. Nie schodź z tej drogi.

patronite

 

Zobacz także

Świat się nie kończy 12 lipca

Nic mnie tak nie irytuje w ostatnich dniach jak wezwania, by głosować na tego czy innego k…