Jakub Żulczyk, sądzony za nazwanie prezydenta Andrzeja Dudy „debilem”, wygłosił dziś mowę końcową.

Gwoli przypomnienia: w listopadzie 2020 roku, tuż po wyborach prezydenckich w USA, kiedy Andrzej Duda „zapomniał” złożyć gratulacji zwycięskiemu Joe Bidenowi, pisarz Jakub Żulczyk nazwał go „debilem”. Kancelaria Prezydenta zarejestrowała ten fakt dopiero w marcu 2021, a przynajmniej wtedy właśnie złożony został pozew przeciwko Żulczykowi.

W obronie pisarza stanął m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich, który uznał wypowiedź Żulczyka za „ekspercką”.

Adwokat oskarżonego złożył wniosek o umorzenie postępowania, który został jednak przez sąd odrzucony. Żulczyk stwierdził, że taką decyzję szanuje.

Jesienią rozpoczął się proces, dziś obyło się ostatnie posiedzenie, na którym pisarz wygłosił mowę końcową.

Żulczyk zauważył, że sprawa jego pozwu generuje przede wszystkim debatę na temat kwalifikacji umysłowych i samodzielności Andrzeja Dudy. On zaś chciałby się od tego typu dywagacji odciąć.

– Rzeczywiste niebezpieczeństwa, które niesie ze sobą precedens mojego oskarżenia, wykraczają daleko poza osobę Andrzeja Dudy. Dla tej sprawy nie ma znaczenia, czy prezydent Duda jest mądry bardziej, lub mądry mniej – zaznaczył.

Dobre wychowanie jako knebel

Zdaniem pisarza największe znaczenie w kontekście całej sprawy ma „możliwość krytyki władzy, wyrażenia sprzeciwu”.

Jakie mamy możliwości działania, gdy władza zachowuje się źle, głupio, gdy władza kłamie? – pyta Żulczyk, wskazując, że znaczna część głosów potępiających, jakie spłynęły w jego kierunku ze strony mediów prorządowych, sympatyków władzy, a nawet samego prezydenta, dotyczy rzekomego „złego wychowania” i „nagannych manier”, jakie rzekomo miał wykazać nazywając Andrzeja Dudę „debilem”. 

– Co jednak, kiedy sama idea „dobrego wychowania”, „szacunku” staje się narzędziem do kneblowania opinii? I czy szeroko pojęte dobre maniery powinny być przedmiotem postępowania karnego? – zauważa Jakub Żulczyk.

Obywatelowi wolno mniej niż władzy

Pozwany naznaczył zasadniczą nierównowagę między tym, co wolno klasie politycznej, a tym jak mogą swój sprzeciw wyrażać obywatele.

– Mają za sobą immunitety, ochronę, pieniądze spółek skarbu państwa. Mogą mówić o tym, że tam stało ZOMO, o lemingach i o moherowych beretach, mogą mówić, że osoby LGBT to nie ludzie, tak jak prezydent Duda, poseł Terlecki może nazwać kretynką kobietę, która grzecznie zadała mu pytanie w miejscu publicznym. Mogą mówić to wszystko, a za słowami idą czyny, wymierzone w obywateli, w konkretne grupy zawodowe, w konkretne osoby. Mogą kreować nową, postawioną na głowie rzeczywistość, w której nawet podstawowe akty prawne, na których uformowany jest ustrój państwa, nie mają żadnego znaczenia – rozwija swoją myśl Żulczyk.

Jak może odpowiedzieć obywatel? Zdaniem pisarza, ma on ograniczone pole działania.

Może iść na demonstrację, na której dostanie po oczach gazem, zostanie zawleczony do radiowozu, będzie otoczony przez godziny szpalerem policjantów, a policja w trybie pilnym wyśle oskarżenie do prokuratury. Może zostać zdyscyplinowany. Może na przykład zostać usunięty z pracy, jeśli pracuje w instytucji publicznej. Może stanąć przed sądem po prostu za to, co napisał w mediach społecznościowych – wymienia.

„Stojąc przed sądem czuję się jak poddany”

Żulczyk zaznaczył, że nie czuje się dysydentem. Uważa, że wpisanie go w taką kategorię byłoby obraźliwe dla ludzi, którzy doznają realnych prześladowań politycznych.

Moją sprawę traktuję bardziej jako kłopot, trochę śmieszny, trochę straszny, ale na pewno istotny. Wierzę, że ta sprawa jest pewnym papierkiem lakmusowym, jednym z wielu drobnych testów, podczas którego sprawdzamy nasze możliwości obywatelskiego oporu. Stojąc przed sądem za słowa, które napisałem na Facebooku czuję się jak poddany, jak petent, jak członek ciemnego ludu, który władzę ma jedynie wielbić, bo do tego władza jest, aby być wielbioną. Nie, w demokratycznym społeczeństwie, którym zaczęliśmy się stawać jakiś czas temu, i którym wciąż się stajemy, to władza jest dla nas. Ma nas reprezentować i nam pomagać. A my mamy prawo – a nawet powinniśmy – reagować, gdy ta władza działa przeciwko naszym (i również swoim) interesom. Nawet kosztem bon-tonu, savoir vivru, ładnej polszczyzny i dobrego wychowania – tymi słowami zakończył swoją przemowę.

 

 

 

 

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Indyjscy pracownicy portowi odmówili przeładunku izraelskiej broni

Indyjski związek zawodowy robotników portowych, Water Transport Workers Federation of Indi…