Nie każdej wystawie udaje się wyjść poza mury galerii. Wiele ekspozycji, nawet najstaranniej opracowanych, pozostaje wydarzeniem tylko dla miłośników, koneserów czy osób bezpośrednio zaangażowanych w tworzenie. Z białostocką wystawą ”Na początku był czyn!” jest inaczej. Ona żyje naprawdę.

Wystawa sięga po tematy aktualne, wywołuje emocje od zachwytu po oburzenie, uderza w neoliberalne mity, zmusza do zastanowienia się.

Białystok, Lipowa: pałac Chaima Nowika, fabrykanta, właściciela fabryki sukna i kapeluszy / fot. Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Na ulicy Suraskiej w Białymstoku nie ma już śladu po labiryncie drewnianych domów, zamieszkiwanych przez ubogich żydowskich robotników. Nie ma w mieście czynnych fabryk, w potocznej wyobraźni stolica Podlasia żadną miarą nie kojarzy się z przemysłem. Fabrykantom Białystok poświęcił szlak turystyczny, zachęcając, by przejść się „szlakiem ludzi i ich sukcesów”, obejrzeć zachowane miejskie rezydencje, wspominając „dobre czasy z przełomu XIX i XX wieku”. O ludziach, którzy w fabrykach pracowali, ani słowa. Tak samo, jak o buntownikach, którzy postanowili powiedzieć wyzyskowi ”nie” w najbardziej bezpośredni sposób.

O białostockich anarchistach łatwiej dziś dowiedzieć się na zachodzie, z tamtejszych publikacji poświęconych historii anarchizmu. Albo w Rosji, od badaczy zajmujących się wstrząsem 1905 roku i rewolucjonistami z zachodnich rubieży carskiego imperium. Teraz zapomnianych bojowników spod Czarnego Sztandaru wyciąga z mroku Galeria Arsenał.

Zaprezentowana w niej wystawa naprawdę każe zastanawiać się, co doprowadza człowieka do postanowienia, że odda życie za sprawę: rzuci bombą w fabrykanta czy carskiego urzędnika, zginie na miejscu albo zostanie skazany na śmierć.

Pokazuje ogrom wyzysku i nieszczęścia, jaki towarzyszył rozwojowi przemysłu w Białymstoku. Na grafikach Tadeusza Milewskiego mężczyźni, kobiety i dzieci pracują przy krosnach. Przy wątłym świetle lampy naftowej, wprost między maszynami jedzą posiłek, zanim wrócą za chwilę do swoich obowiązków. Jeden z robotników tego dnia z pracy nie powróci – na kolejnej grafice pokazano śmiertelny wypadek.

– Pokazaliśmy marginalizowaną, niewidzialną historię, wypartą narrację – mówi Katarzyna Różniak, kuratorka wystawy (razem z Post Brothers). Bo szlak fabrykantów to nie jedyne miejsce, gdzie o przemysłowym Białymstoku mówi się uderzająco jednostronnie. – Jeśli pójdziemy do Muzeum Historycznego, znajdziemy tam odtworzenie mieszkania, kamienicy fabrykanta, pokazanie, jak żyli bogaci białostoczanie na przełomie XIX i XX wieku. Nigdzie w tej przestrzeni nie znajdziemy choćby wzmianki o tym, że to również czas ogromnych niepokojów społecznych, gwałtownego rozwoju ruchów robotniczych, które powstawały w odpowiedzi na opresję ze strony fabrykantów, kapitału. Jedyny ślad po tej historii znaleźliśmy w magazynach Muzeum Historycznego, gdzie przechowywane są pozostałości po Muzeum Ruchu Rewolucyjnego.

Muzeum to działało w Białymstoku w latach 1962-1990. Później nie było już potrzeby, by przypominać robotniczą historię Podlasia. Podzieliło los podobnych placówek w całym kraju.

W Arsenale nie chodzi jednak tylko o to, by przypomnieć, co znaczy Czornoje Znamia, czym była giełda (albo, z rosyjskiego, birża) rewolucyjna na Suraskiej, jak socjaliści i anarchiści różnych opcji starali się docierać do robotników, i jak sami robotnicy organizowali się, by stawiać opór carskiej policji. Chociaż samo to już ma potężny walor edukacyjny: pojęcie wielokulturowości nagle nabiera innego wymiaru, gdy zaczyna oznaczać wspólną pracę i walkę robotników żydowskich, polskich, rosyjskich, białoruskich, ponad podziałami językowymi i religijnymi. Białostocka, podlaska różnorodność zaczyna żyć, i to trudną codziennością będącą udziałem większości społeczeństwa, a nie sprowadzać się do pocztówek ze świątyniami różnych wyznań.

Tym niemniej…

– Mówienie o historii ma sens wtedy, gdy potrafimy ją zaktualizować, odnieść do współczesności. Tworząc tę wystawę od początku mieliśmy taki cel – zaznacza Katarzyna Różniak.

I efekt jest mocny. Obraz wypadku w XIX-wiecznym warsztacie sąsiaduje z pracą Wilhelma Sasnala poświęconą śmierci robotnika w fabryce Indesitu w wieku XXI. Czy jest między nimi jakaś fundamentalna różnica? Czy to raczej ciągle ten sam mechanizm, to samo dążenie do mnożenia zysków za wszelką cenę?

Daniel Rycharski, Pomnik Chłopa, 2021, fot. Tytus Szabelski

Inny obraz zupełnie współczesnej krzywdy wita odwiedzających, jeszcze zanim wejdą do budynku. Na słupie, niczym ludowy Chrystus Frasobliwy, siedzi Chłop, wyrzeźbiony przez Daniela Rycharskiego. To zarazem hołd oddany zapomnianym pokoleniom chłopów pańszczyźnianych i portret prawdziwego rolnika: Kazimierza Mariańskiego, który stracił źródło utrzymania za sprawą współczesnej ofensywy neoliberalizmu na wsi, działań korporacji, bezdusznych wobec mniejszych wytwórców. Neoliberalna transformacja zniszczyła też łódzki Poltex, bohatera pracy Aleki Polis: obraz fabrycznej bramy wypleciony został przez byłe pracownice z resztek materiałów z lokalnych warsztatów. Praca ta nie nosi jednak tytułu Krajobraz potransformacyjny, ale Krajobraz przedrewolucyjny: intensywna czerwień buntu przełamuje czerń opresji i ucisku. Można jeszcze zawalczyć, wierzy autorka, sięgnąć po lepsze życie, zasugerowane w błękicie nieba.

To nie jedyne miejsce w wystawowych salach, gdzie iskrzy się bunt: w kolejnych zebranych pracach współcześni antysystemowcy zastanawiają się, jak demaskować bankowe manipulacje (zainteresowanym historią momentalnie przypomną się słynne ekspropriacje), organizują się w grupach alterglobalistycznych, demonstrują, ale też przekonują się, jak media głównego nurtu pokazują rewoltę w krzywym zwierciadle. Mikołaj Sobczak na monumentalnym obrazie Znamia zestawia bojowników sprzed lat z kolektywem Stop Bzdurom: anarchizm nie zginął, chociaż był i represjonowany, i wyśmiewany – jak po tragicznej śmierci działacza Władimira Strigi, który przypadkowo wysadził się w powietrze, a którego autor pokazał na obrazie tak, jak na prasowej karykaturze. Wreszcie sala, w której zwiedzający mogą poczytać, a także skopiować materiały o historii ruchu czy współczesne broszury zmienia się w żywe laboratorium refleksji: czy i ja mam powody się buntować?

Protest to nieuchronna konfrontacja z siłami porządku. Takie zderzenie czeka też zwiedzających.

Liliana Zeic (Piskorska), Public Displays of Affection, 2017; wideo w kolorze, dźwięk, 06’40’’, fot. Tytus Szabelski

W pracy Lilianny Zeic (Piskorskiej) Public Displays of Affection policjanci w pełnym rynsztunku, w szyku bojowym poruszają się po mieszkaniu. Tyralierą naprzód! W lewo zwrot! Pałki! – padają komendy, funkcjonariusze maszerują przez przedpokój, depczą ciężkimi butami dywan i kanapę. Zimne oczy spoglądają zza tarcz. Opresja państwa nic sobie nie robi z prywatności. – Ta praca robi na wielu ludziach ogromne wrażenie. Poruszonych było zwłaszcza wiele osób, które brało udział w protestach kobiet – mówi Katarzyna Różniak.

Inna praca, która już zupełnie wprost odnosi się do niedawnych doświadczeń opresji i walki o równość ściągnęła na białostocki Arsenał uwagę – ba, prawdziwą furię – prawicowych mediów. Karol Radziszewski ośmiela się puścić wodze fantazji: co by było, gdyby odwrócić hasła, które wywrzaskują przy byle okazji demonstrujący narodowcy? Gdyby naprawdę zaistniał gejowski gang, odgrażający się „chujem i młotem” heterohołocie? Za zasłoną zwiedzający mogą zobaczyć ślady niby to pozostawione w przestrzeni publicznej przez Fag Fighters, od emblematów grupy (jaskrawo różowych) po sugestywnie dosłowne obrazy gejowskiego seksu. A towarzyszą wszystkiemu filmowe kadry z białostockiego Marszu Równości, brutalnie zaatakowanego przez kibiców i nacjonalistów. Fag Fighters to satyra, absurdalna reakcja na przemoc – przemoc absolutnie realną. Prawica nie zwykła jednak przystawać w galeriach i zastanawiać się nad przekazem sztuki. Zaatakowała Arsenał za wulgarny przekaz i nawoływanie do przemocy. Kuratorka mówi, że w mediach pojawiały się relacje dające zmanipulowany obraz wystawy, będące próbami forsowania cenzury, zastraszania galerii i zniekształcenia tematyki ekspozycji.

Chociaż płynęły, dodaje, do pomysłodawców wystawy również głosy uznania: za podjęcie tematu odważnego i aktualnego. Za pokazanie zapomnianej historii i powiązanie jej z wydarzeniami bieżącymi. I to w mieście, gdzie organizacji kontestatorskich, buntowniczych, równościowych nie jest wiele.

Ewa Axelrad, Sztama #2, 2017; kije flagowe z drewna jesionowego, stalowe uchwyty, wymiary zmienne, fot. Tytus Szabelski

Prawica zarzuciła też twórcom wychwalanie przemocy – ale „Na początku był czyn” daleka jest od romantycznego patrzenia na tenże czyn i jego wykonawców (wykonawczynie).

Dowiemy się z wystawy, że w szeregach białostockich anarchistów byli różni ludzie, nie same kryształowe charaktery. Aktywistów spotyka wypalenie i zniechęcenie, jak na rysunkach Vlady Ralko, tworzonych w czasie ukraińskiego Majdanu i wielkich nadziei na zmianę. Przemoc użyta przeciwko aparatowi przemocy nie pozostaje bez konsekwencji – ostrzega instalacja Ewy Axelrad. Jak się zatem buntować? A może bunt, który niszczy, pewnego dnia po prostu wybuchnie, bo niesprawiedliwość i nierówności nie mogą bez końca pozostawać bez odpowiedzi? I kim będą buntownicy?

Widok wystawy “Na początku był czyn!”, fot. Tytus Szabelski

Może ci, którzy są na samym dnie i nie mają absolutnie nic do stracenia? W instalacji Łukasza Surowca, wykonywanej wspólnie z ludźmi w kryzysie bezdomności, przypadkowe przedmioty znalezione na ulicy lądują w koszykach sklepowych razem z kamieniami. Czym skończy się nakręcanie niemożliwych aspiracji konsumpcyjnych? Czy nie przemocą, zrodzoną z desperacji? Niewiele różnią się kamienie z koszyków od kostek brukowych, niegdysiejszej broni proletariatu…

Wystawa „Na początku był czyn!” będzie prezentowana w Galerii Arsenał jeszcze do 23 września.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Polska szkoła: dlaczego jest źle i czy może być lepiej?

Szkoła, szkoła, szkoła… Brr. Już od sierpnia chcące zarobić supermarkety straszą nas oklep…