Piłka kopana to sport, który angażuje swoich interesariuszy w sposób szczególny. Nader często wyzwala wspólnotowe emocje w najgorszym, tj. plemiennym, prymitywnym i agresywnym wydaniu. Obecny system sentymentalnego i ekonomicznego wyzysku chętnie to wykorzystuje zaprzęgając swoje medialne janczarstwo do szkodliwego bicia piany. Oto przez sieci społecznościowe i media przetoczyła się kolejna fala wzmożenia. Zyskała na tym tylko prawica.

Rasistowski eksces bułgarskich kibiców został szeroko opisany i skomentowany w mediach brytyjskich i bułgarskich. Niestety, na poziomie niemal tak samo szkodliwym jak zjawisko,  którego dotyczyła. Kolonialno-paternalistyczny dyskurs The Telegraph zderzył się z plebejskim, przaśnym, kipiącym frustracją i gniewem bieda-antyimperializmem w Bułgarii. Oba trendy umocniły w ten sposób tylko swoje pozycje w przestrzeni publicznej. Na tym zaś tracą wszyscy.

Chodzi o rozegrany 14 października mecz pomiędzy reprezentacją Anglii i Bułgarii na sofijskim stadionie im. Wasyla Lewskiego. W trakcie rozgrywki zgromadzona publiczność kibicowała, czyli wydawała trudne dla wielu zniesienia wycia i wrzaski połączone z rytualnymi gestami. Niezwykle często zdarza się, iż ten przeraźliwy jazgot jest dyskontowany politycznie. Ze względu na ustawienie rywalizacji po linii podziałów na narody, do głosu najczęściej dochodzą klisze, na których bazuje cała prawicowa ekstrema. A więc nacjonalizm, ksenofobia, rasizm itp. Jeśli przyprawić nimi żywiołową dzikość, jaką cały czas ociekają stadiony dochodzi często do obrzydliwych ekscesów.

Takowe miały miejsce również podczas wspomnianego meczu. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby tym razem nad gwałtowną rasistowską chuliganerią w wykonaniu bułgarskich kibiców nie pochylił się znany prawicowy brytyjski tytuł. Głównym korespondentem The Telegraph ds. futbolu (sic!) Jasonem Burtem, który relacjonował mecz z trybun sofijskiego stadionu, zachowanie Bułgarów potwornie wstrząsnęło. Zainspirowało go to do sporządzenia paszkwilu, wyjątkowo obraźliwego; o dostojnych Anglikach, którzy pięknie manifestują podczas rozgrywek, jak to brzydzą się prostackiego, rasistowskiego barbarzyństwa Bułgarów.

Tekst Burta i zawarte w nim czytelne przesłanie o wyższości Zachodu nad Wschodem i Brytyjczyków nad Bułgarami, był – jakościowo biorąc – tak samo odrażający moralnie i politycznie jak to, co krytykował. Przeciętnie zorientowany czytelnik takiego komentarza dowiedział się tyle, że na Bałkanach mieszkają m.in. Bułgarzy, którzy są ludem dzikim, mają bardzo niezadbany stadion i w ogóle ta ich stolica i całe państwo to jakaś mizerotka. Dokładne przeciwieństwo Anglii, w której wszyscy są piękni, mądrzy, wrażliwi, delikatni i reagują na rasizm; a w takich sytuacjach, gdy już muszą się skonfrontować z podludzką rasistowską kulturą dnia powszedniego na stadionie w Bułgarii, po prostu nie mogą siedzieć cicho.

Burt nie zadał sobie oczywiście trudu elementarnej kontekstualizacji, gdyż ta obnażyłaby ewidentną fałszywość jego oburzenia i w pełnej krasie ukazała typową zapadniacką hipokryzję.

A kontekst wygląda następująco.

Bułgarskie społeczeństwo ma poważny problem z obecnością i normatywnością rasizmu. Jest to bezsporny fakt, który można oczywiście negować albo niuansować poprzez nieustanne spory o to czy dane zachowanie jest rasistowskie, ksenofobiczne, nacjonalistyczne, patriotyczne i co dokładnie je sprowokowało, ale taka pusta gadanina ani trochę nie przybliża do rozbratu z tym głęboko niemoralnym i politycznie groźnym trendem.

Stadiony piłkarskie zaś, to miejsce gdzie dziadostwo to manifestuje się nadzwyczaj chętnie i masowo. Pod tym względem Bułgaria (ani Wielka Brytania, tudzież Anglia) nie jest żadnym wyjątkiem. To jest fakt. Faktem jest również, że chuligańskie zachowanie, którego dopuścili się bułgarscy kibice 14 października nie klasyfikuje się nie tyle nawet nie w pierwszej dziesiątce najbardziej odrażających prawicowych ekstremistycznych wybryków, co nawet w pierwszej setce. Przez ostatnie trzydzieści lat Bułgarki i Bułgarzy naoglądali się tylu prawackich świniowatości, którymi obrodziła kibicowska kultura, że ten incydent z 14 października nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Pohukiwania mające symulować odgłosy małp okraszające obecność czarnoskórych piłkarzy to norma. Wielokrotnie zdarzyło się też rzucanie bananów na boisko z tej samej przyczyny. Rozwijanie bannerów z rasistowskimi sloganami – do tego też już wszyscy przywykli. Symbole faszyzmu, nazizmu, głupawe songi na cześć Duce i Hitlera, żeby uczcić ich urodziny czy inny jubileusz – znamy to. Nie są nowością również fizyczne napaści na kolorowych piłkarzy. A rok temu, na ten przykład, dwoje dzieci biegało po trybunach bez koszulek z narysowanymi na tułowiach swastykami. Nikt na Zachodzie się tym wówczas nie przejął.

To, co wydarzyło się 14 września żadną miarą nie daje się porównać do najbardziej brutalnych objawów ultraprawicowej świrni na bułgarskich stadionach. Nie oznacza to oczywiście, że można ten wypadek bagatelizować. Żadna doza rasizmu nie jest dobra, zdrowa czy pożądana. Jedyną dopuszczalną reakcją jest potępienie. W każdych okolicznościach. Nie można jednak rozpatrywać jakiegoś przypadkowego incydentu bez względu na ogólny obłęd i co ważniejsze – bez wskazania skąd się on bierze.

Winą za powszechność rasizmu w Bułgarii (podobnie zresztą jak pokrewnych mu patologii – ksenofobia, homofobia itp.) nie można obarczyć po prostu jedynie grupy stadionowych troglodytów. W państwie tym mieszka ponad 6 mln. obywateli i żadna mniejszość kibicowska nie dysponuje instrumentami kontroli narracji politycznej, czy jakąś dźwignią ustawiania jakości ogólnej kultury codziennego postępowania. Dysponuje nimi wyłącznie triumwirat pełniący rząd dusz i pieniędzy w Bułgarii, czyli: władza, oligarchia i należące do nich media.

Rasizm istnieje i rozwija się w Bułgarii tak bujnie dlatego, że jest cały czas inspirowany i normalizowany przez państwo.

Cały aparat władzy i instytucji oraz kapitalistyczna arystokracja, którą obsługuje systematycznie programuje rasizm w tym państwie. Jest on legitymizowany bez skrupułów, przy każdej okazji, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nagonki tego rodzaju wszczynają członkowie władzy ustawodawczej i wykonawczej (czyni to zarówno strona rządowa jak i opozycja), ale nie tylko politycy. W mechanizm ten doskonale wpisują się sędziowie, prokuratorzy, bułgarscy europarlamentarzyści… Wspierają ich w tym ludzie kultury. Sytuacja jest już po trzydziestu latach transformacyjnej katastrofy tak zabagniona, że wielu z nich nie zdaje sobie nawet sprawy z jakości politycznej swoich publicznych wystąpień. Nie jest to, ma się rozumieć, żadne usprawiedliwienie.

Przedstawiciele partii WMRO wchodzącej w skład koalicji rządzącej na wspólnym mityngu z członkami neonazistowskiego ruchu Krew i Honor, rok 2009, źródło: Baricada.org
Przedstawiciele partii WMRO wchodzącej w skład koalicji rządzącej na wspólnym mityngu z członkami neonazistowskiego ruchu Krew i Honor, rok 2009, źródło: Baricada.org

W kraju, w którym członkowie stronnictw rządzących urządzają sobie eventy, gdzie maszerują ramię w ramię z terrorystycznymi organizacjami neo-nazistowskimi typu Krew i Honor o takie incydenty raczej łatwo. Ci sami ludzie organizowali też urocze happeningi, podczas których palili dywaniki i inne modlitewne muzułmańskie artefakty przed największymi meczetami w Bułgarii, a potem obrzucali budynki jajkami.

Ale ulica to jedno. W Zgromadzeniu Narodowym, z najważniejszej zdawałoby się trybuny w kraju, jeden z wicepremierów sypie obficie nienawistnym bełkotem wobec całego romskiego entosu – ów mógłby dziś wydać cały słownik z epitetami i neologizmami, których używał do siania antycygańskiej pogardy. Ten sam człowiek robił sobie „żatrobliwe” zdjęcia pozując w ręką uniesioną w wiadomym geście w muzeum urządzonym w miejscu obozu zagłady w Buchenwaldzie; indagowany przez dziennikarzy tłumaczył, że nie widzi problemu w takim postępowaniu. Dalej, jedno ze stronnictw parlamentarnych znajdujących się w koalicji rządowej zapisało w swoim programie powstanie rezerwatów, do których zesłani mają zostać Romowie.

Do tego dochodzi oczywiście inspirowany zoologicznym antykomunizmem, zasianym już u zarania transformacji, historyczny rewizjonizm. Od lat prowadzona jest swoista indulgencja obrzydliwego dyktatorskiego reżimu lat 30. na czele którego stał król Bułgarii Borys III; sojusznik Adolfa Hitlera. Za jego czasów wprowadzano ustawy dyskryminujące Żydów, a przeciwników władzy zsyłano do obozów koncentracyjnych. Ustawicznie mówi się o ludziach władzy tamtego okresu jako o „elicie zniszczonej przez komunistów”, co – a jakże – „pogrzebało przyszłość naszego kraju”. Weteranom bułgarskiego faszyzmu wręcza się dziś najwyższe państwowe odznaczenia. Rok rocznie zaś w centrum Sofii ekstremistyczne gangi wzywają swoich pobratymców z zagranicy i niosąc pochodnie oraz wykrzykując obrzydliwe do cna hasła maszerują czcząc najważniejszego propagatora hitleryzmu w historii Bułgarii – gen. Christo Łukowa. Ale te kryminalne elementy skrzykują się nie tylko na okoliczność jakichś rocznic, lecz także by załatwiać dla władzy bieżące sprawy. Np. całkiem niedawno w obronie krytykowanego kandydata na prokuratora generalnego tego kraju na ulice wyległy hordy mężczyzn dumnie eksponujących na swoich szyjach, brzuchach i łydkach wytatuowane swastyki i symbole pokrewne. A dlaczego? Ano dlatego, że ten właśnie przyszły pan prokurator generalny przypadł im do gustu wymiotując obficie antyromskimi slurami i tłumacząc opinii publicznej, że w końcu ktoś (on) zabierze się za ten problem i, kto wie, może nawet zaproponuje jakieś „ostateczne rozwiązanie”.

W takim właśnie kontekście trzeba spoglądać na twarze i postacie tych młodzieżowych popaprańców uprawiających aktywny rasizm na sofijskim stadionie 14 października.

Żaden z nich nie ma chyba 30 lat. Wszyscy oni są naturalnym produktem nowego systemu, który nastał po 1989 r. – systemu normalizacji i upowszechniania rasizmu jako narzędzia poznawania świata i obrony narodowej tożsamości. Zarządzanie tym odbywa się – jako się rzekło – na najwyższym poziomie.

Zostało to zwieńczone dopuszczeniem politycznej reprezentacji tego chuligańskiego na początku marginesu w postaci partii Ataka i Narodowego Frontu Ocalenia Bułgarii oraz nacjonalistycznych klaunów, którzy przyjęli nazwę WMRO kradnąc ją rewolucyjnemu stronnictwu z XIX w. Ten ruch w sposób ostateczny utrwalił rasizm, ksenofobię, islamofobię, homofobię i identarystyczne obsesje jako konstytutywne dla nowoczesnej kultury politycznej i w ogóle kultury społecznych interakcji. Resentymenty tego rodzaju oczywiście zawsze istniały w bułgarskim społeczeństwie, lecz długo ich manifestowanie było zakazane (i to skutecznie), a później siłą inercji wyrażanie ich było po prostu niemile widziane i narażało na ostracyzm. Tak było w polityce, tak było na uniwersytetach i w szkołach, tak było przy stole podczas rodzinnych obiadów. Teraz to już historia. Jak  napisał znany lewicowy bułgarski dziennikarz Nikołaj Draganow – „smród rasizmu rozszedł się po całym społeczeństwie od samej góry”.

Nasuwa się oczywiste pytanie, dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest względnie prosta. Strategia polityczna polegająca na emocjonalnej eksploatacji zmęczonego, zabiedzonego i przestraszonego społeczeństwa poprzez ustawiczne wytykanie wyrzutków balansujących na granicy przetrwania na samym dole ekonomicznej i cywilizacyjnej drabiny jest czymś znanym w Europie od dawna i chętnie praktykowanym. To jedna z tych owianych nimbem czystego dobra „wartości europejskich”, która – w odróżnieniu od niektórych innych – szybko i chętnie zadomowiła się w masowej świadomości w Bułgarii. Chodzi o prosty mechanizm wypierania z serc i umysłów naturalnie nasuwających się refleksji natury klasowej; ruguje się je poprzez ustawiczne, wrzaskliwe i podniecające nakazywanie całej rzeszy biedaków nie spoglądać w górę socjalnej piramidy, gdzie znajduje się całe bogactwo, lecz w dół, wymyślając dla niej coraz to nowsze szczujnie i nagonki. I tak, Bułgarzy i Bułgarki uczeni są od trzech dziesięcioleci nie widzieć ekskluzywnych hoteli, kasyn, burdeli, pól golfowych i innych przymiotów możności trzymającej kraj w garści oligarchii, a jedynie romskie slumsy, uchodźców, opcjonalnie: gender, Rosję i komunizm – to te zjawiska rzekomo stoją na drodze ich prosperity.

To, co wydarzyło się 14 października powtórzy się jeszcze nie raz. Zaś pogardliwe artykuły jak ten w The Telegraph nie służą niczemu poza pogłębieniem tej patologii i przydawaniem jej wiarygodności na innym polu.

Dzięki autorowi tego głupiego tekstu w Bułgarii odpalona została cała lawina hejtu – tym razem na Brytyjczyków, którzy przez wieki kolonizowali i mordowali na całym świecie. To wszystko oczywiście prawda – historia brytyjskiego imperium to studium zbrodni. Pytanie – co z tego? Nic. Niczego to nie załatwia poza obsługą najgorszych resentymentów, w tym rasizmu, w bułgarskiej przestrzeni publicznej. Dzięki pismakowi z wysp Bojko Borisow (premier Bułgarii) i spółka zyskali kolejną zasłonę dymną, która pozwoli urzędnikom jego administracji nie konfrontować się z pytaniami o systemu bezpieczeństwa na stadionach, o to, kto jest na nie wpuszczany, a kto nie i dlaczego, o to czy policja rejestruje takie ekscesy i w jaki sposób, o to czy sprawcy i prowodyrzy będą odpowiadali sądownie za ewidentne złamanie prawa itd. Takich pytań mogłoby być wiele, ale James Burt skutecznie odwrócił uwagę opinii publicznej, która zyskała materiał by na niego i jego rodaków pluć jadem przez następne pół roku.

Taka to właśnie jest ta zapadniacka troska o przestrzeganie praw człowieka na świecie.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

„Podręcznikowy przykład zamachu stanu”. Oceny i reakcje na wydarzenia w Boliwii

Michael McFaul, niegdysiejszy ambasador USA w Rosji za czasów Baracka Obamy i jeden z nacz…