Share Button

Historyczna anegdota mówi, że car Piotr I nie mógł znaleźć odpowiedniego ministra skarbu. Albo głupiec, albo złodziej. Kiedy wreszcie wydawało mu się, że znalazł odpowiedniego człowieka, dał mu do pocałowania ikonę, by na klęczkach przysiągł, że będzie swój urząd pełnił uczciwie. Kandydat ikonę pocałował, ale jednocześnie wygryzł najbardziej drogocenny kamień z jej oprawy.

Nawet jeśli opowiastka to nieprawda, to dobrze charakteryzuje sytuację, w której znajduje się Rosja po ostatnich wyborach prezydenckich.

Według oficjalnych komunikatów i zgodnie z przewidywaniami wygrał Władimir Putin, którego poparło 76,69 procent Rosjan. W przełożeniu na liczby bezwzględne to ponad 56 milionów obywateli. Frekwencja była wyższa niż 6 lat temu i przekroczyła 67 proc.

Putin i jego Rosja

http://kremlin.ru/events/president/trips/54333/photos/47914

Niezależnie od wszelkich interpretacji wyników, prezentowanych poza Rosją (o polskich powiem później) w gruncie rzeczy dla nikogo, poza ludźmi pozbawionymi umiejętności obiektywnego rozumowania, nie ulega wątpliwości: Rosjanie masowo poparli Putina. To jednak dopiero pierwszy i wcale nie najważniejszy wniosek.

Rosja, podoba nam się czy nie, rządzona jest przez system wodzowski. Na dodatek akceptowany on jest przez znakomitą większość mieszkańców tego kraju. Ma on historyczne korzenie i, co dla Rosjan najważniejsze, sprawdza się. O niedostatkach demokracji w Rosji można dyskutować z jej obywatelami do upojenia, ale swoje oni i tak wiedzą – tak jak jest, jest dobrze. A skoro jest dobrze i działa, to nie należy tego zmieniać. Tej dość oczywistej prawdy nie potrafią dostrzec zachodnioeuropejscy kremlinolodzy, popełniają więc pomyłkę za pomyłką w planowaniu działań, mających na celu przywrócenie sytuacji z lat 90, kiedy wiecznie nietrzeźwy prezydent Jelcyn gotów był na wszelkie ustępstwa wobec Zachodu, do rozdzielenia Rosji na części włącznie.

Powrotu do takiej sytuacji nie będzie i to niezależnie od tego, kto będzie urzędował na Kremlu – dalekowzroczny strateg czy polityk średniego kalibru. Do każdego, mającego ambicję na władzę w Rosji jest  jasne – droga do społecznego poparcia wiedzie przez utrzymanie i rozbudowę silnego państwa, z którym świat będzie się liczył. Dla osiągnięcia tego celu Rosjanie gotowi są na bardzo wiele, łącznie ze znaczącym obniżeniem stopy życiowej.

Być albo nie być

Czy wybór Putina oznacza, że najbliższe sześć lat będzie latami kontynuacji dotychczasowej polityki? Nie. Obserwatorzy i politolodzy rosyjscy wskazują, że ten okres oznaczać będzie dla Rosji być albo nie być. Jak najbardziej jaskrawo sformułował to jeden z ciekawszych rosyjskich politologów średniego pokolenia: „Albo Rosja sprosta wyzwaniom, albo zginie”. I tak to prawdopodobnie jest. Władze rosyjskie i prezydent stały się w jakiejś mierze ofiarą sukcesów własnej polityki.

Przez dłuższy czas polityka rosyjska przypominała politykę czasów Gierka w Polsce w latach 70-tych. Władza nie wtrącała się w życie obywateli, w zamian wymagając tylko, by ochoczo korzystali z możliwości stwarzanych przez państwo i popierali je podczas aktów wyborczych. Jednak sytuacja międzynarodowa spowodowała, że polityka przyszła sama do obywateli, nawet tych najbardziej biernych. Ukraiński kryzys, potem wojna w Donbasie i przyłączenie Krymu do Rosji spowodowało zaostrzenie sytuacji międzynarodowej wokół Rosji. Zgodnie ze swą historyczną tradycją Rosjanie na zewnętrzne niebezpieczeństwo zareagowali jak zwykle, czyli grupując się wokół lidera. Niezależnie od tego nastąpiła raptowna erupcja nastrojów, nazwijmy to, patriotycznych i propaństwowych. Na tej glebie wyrosła aktywność obywateli, na różnych zresztą polach.

Przez cztery lata energia ta, skierowana na konsolidowanie społeczne wokół lidera i struktur państwowych funkcjonowała w wyznaczonych ramach. Ludzie poczuli siłę swojego państwa, ale i własną – dowiedzieli się, że razem mogą dokonać pewnych rzeczy. Na swoim własnym podwórku, ale i na szerszej arenie – w mieście, obwodzie, republice, czasem w państwie. Państwo, a dokładniej rzecz ujmując – urzędnicy je reprezentujący zareagowali na to zjawisko jak zwykle: chcieli stworzyć odgórnie organizacje, w których obywatele mogliby swoją aktywność przejawiać, a oni, urzędnicy, będą się z narodem spotykać (najchętniej w towarzystwie kamer) i pomysły akceptować lub nie. Częściej nie. I wszyscy będą zadowoleni.

fot. strajk.eu

Jednak tak się nie stało z kilku przyczyn. Choć Rosja dała sobie radę z sankcjami, a gospodarki nie udało się Zachodowi udusić, to jednak w myśleniu ekonomicznym dominował i dominuje kierunek neoliberalny, który przyniósł swoje fatalne owoce. Pogłębia się rozwarstwienie społeczeństwa rosyjskiego, 16 proc. obywateli żyje poza granicą minimum społecznego i liczba ta ostatnio zaczęła się zwiększać. Oczywiście, trzeba pamiętać, że kiedy Putin przyszedł do władzy, ludzi biednych i wprost nędzarzy było około 40 proc. Niemniej podział na biednych i bogatych w swej najbardziej dojmującym kształcie jest dostrzegalny przez zwykłych Rosjan, którzy, przypomnę, już teraz wiedzą, że jako społeczeństwo stali się coś warci.

Dla siebie samych oczywiście, ale i dla państwa i jego aparatu – nie. To zaczęło budzić nastroje niezadowolenia i oczekiwanie na zmiany i, pewne docenienie roli społeczeństwa w sprawowaniu władzy. Inaczej mówiąc rozbudzona energia społeczna zaczęła poszukiwać swojego ujścia.

Putin i jego najbliższe otoczenie oczywiście o tym wiedzą. Krytyka neoliberalnego kierunku rozwoju brzmi coraz donośniej i to nie tylko ze strony opozycji pozasystemowej, która ma absolutnie marginalne znaczenie i takiż wpływ na życie polityczne, ale ze stron partii koncesjonowanej opozycji. Najbardziej kompetentnie i ostro krytykowali kierunki rozwoju gospodarczego komuniści i lewica rosyjska. Podczas kampanii wyborczej kandydat Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej Paweł Grudinin niejednokrotnie przedstawiał propozycje powszechnej nacjonalizacji wielkich firm i przedsiębiorstw. Ludzie chętnie tego słuchali, nie tylko dlatego, że przypominało starszym czasy Związku Radzieckiego, ale też dlatego, że ogromna większość społeczeństwa jest przekonana, że u podstaw problemów leży kwestia elit, które w czasach Jelcyna nieuczciwie uwłaszczyły się na własności społecznej. Paradoksalnie Grudinina, bardzo bogatego człowieka, media złapały na posiadaniu kilkunastu kont w zagranicznych bankach. Konta te, zgodnie z rosyjskim prawem, do wyborów powinien zamknąć, jednak tego nie zrobił i przed samymi wyborami okazało się, że jeszcze ma ich kilka, do których się nie przyznał. Czyli zataił. Czyli zachował się dokładnie tak, jak zachowały się znienawidzone przez zwykłych ludzi elity.

Problem z elitami

Nie mam specjalnego zaufania ani estymy do książkowych wspomnień byłych polityków. Zazwyczaj jest tak, że w swych memuarach jawią się jako oazy uczciwości otoczeni przez złodziei i szumowiny. Książka Aleksandra Korżakowa, szefa ochrony Borysa Jelcyna nie odbiega od tego modelu. Można jednak na jej podstawie wyrobić sobie pewien obraz rosyjskiej klasy politycznej, której szczyt potęgi przypadł na lata 90. Jest przerażający. Nie chodzi o korupcję w takim najprostszym rozumieniu tego słowa: jak dostanę tyle i tyle, to załatwię ci biznes życia, nie. Rzecz w chamskiej, prostackiej pazerności i małości moralnej, a raczej kompletnego braku jakichkolwiek norm moralnych. Najbardziej utkwiła mi ze wspomnień Korżakowa opowieść, jak któryś z otoczenia Jelcyna na polowaniu rozstrzelał całe, dosłownie całe stado łosi – 45 osobników. Dorosłe samce, klempy i ledwie trzymające się na nogach łoszaki. Po co? Bo mógł. I był pewien swej całkowitej bezkarności.

Ludzie z taką mentalnością stali się fundamentem rosyjskiej klasy politycznej w 2000 roku, kiedy Putin po raz pierwszy został prezydentem. Część z nich do dzisiaj piastuje odpowiedzialne stanowiska lub prowadzi wielkie biznesy, które dają im o wiele bardziej niż godziwy zarobek.

To od razu było widać – na samym początku byli przekonani, że wszystko będzie po staremu, tylko ich szef będzie trzeźwy, trochę uporządkuje sprawy państwowe, a poza tym wszystko będzie jak do tej pory. Tak się nie stało, z drugiej jednak strony proces walki z korupcją nie przyniósł oczekiwanych społecznie efektów, zaś wymiany elit Putin dokonywał powoli, dla zwykłych ludzi zbyt powoli.

www.flickr.com/photos/deensel/

Wykształciła się przez lata rządów Putina „arystokracja rajów podatkowych” – ludzie o niesłychanych bogactwach, zazwyczaj co najmniej podejrzanego lub etycznie wątpliwego pochodzenia, którzy przywłaszczone pieniądze lokowali poza zasięgiem rosyjskiego aparatu podatkowego. Kapitały i rodziny trzymali poza Rosją, w Londynie, USA, Szwajcarii, gdzie dawali zarobić dziennikarzom plotkarskiej prasy, pokazującej ostentacyjny konsumpcjonizm „nowych Ruskich”. Powstała sytuacja potencjalnie niebezpieczna dla funkcjonowania Rosji sytuacja – odpowiedzialni urzędnicy państwowi w randze ministrów, doradców prezydenta pracowali w Rosji, ale jednocześnie znajdowali się w uścisku zachodnich systemów. Pytanie, co by wybrali w razie konfliktu między Zachodem a Rosją: bezpieczeństwo swoich pieniędzy i rodzin czy lojalność wobec Rosji? Odpowiedź nie jest specjalnie trudna. Zwracali uwagę na to publicyści, politycy i, jak się można domyślać, służby specjalne. A Putin wciąż zwlekał. Czemu?

Małe kroki

Ponieważ nie stać go było na taktykę natychmiastowej wymiany kadr. Wybrał drogę powolnych kroków i, jak wskazują niektórzy publicyści rosyjscy, swego rodzaju oswojenia klasy rządzącej. Opartą na założeniu, że lepiej elity nie płoszyć i nie straszyć, prowokując ich tym samym do nerwowych, a zatem nieprzewidywalnych ruchów.

Potwierdzeniem tej tezy może świadczyć fakt, że liczba zmienianych urzędników wysokiego i obwodowego szczebla jest wciąż wysoka, a liczba aresztowanych urzędników różnych szczebli jest również wysoka. Z drugiej jednak strony, oferuje się abolicję wszystkim, którzy przywiozą swoje kapitały do Rosji i zainwestują je na tutejszym rynku. Jak donoszą media, ostatnio 40 miliarderów rosyjskich miało się zwrócić do rosyjskiego prezydenta z prośbą o umożliwienie powrotu do Rosji.

Wydaje się, że nazbyt optymistyczne były wnioski jednego z doradców Putina w wywiadzie dla strajk.eu, który powiedział, że „dzisiejsi oligarchowie są zupełnie inni. Oni swoje pagony, które nosili swego czasu, trzymają w szufladzie, ale kiedy trzeba, wyciągają je, przypinają i salutują temu, kto im je dał”. Oczywiście, część z nich jest lojalna wobec państwa, ale wciąż jeszcze zbyt wielu tkwi mentalnie w latach jelcynowskich. Dotyczy to zresztą nie tylko centralnego, ale i średniego szczebla.

Jedno jest pewne: bez wymiany kompradorskich elit, bez uruchomienia i skanalizowania uruchomionej w 2014 roku energii społecznej, czyli bez pewnej formy zmiany modelu władzy, Rosja może nie udźwignąć ciężaru wyzwań, jakie przed nią stoją. Ma na to najbliższe sześć lat.

Inaczej rzecz ujmując, bez pójścia w kierunku państwa socjalnego, bardziej sprawiedliwego i bez bardziej sprawiedliwego podziału dóbr, Rosja może się stać areną przejawów społecznego niezadowolenia. Świadomość tego Putin ma, o czym świadczy jego wystąpienie bezpośrednio po wyborach, w których mówił o konieczności właśnie bardziej prospołecznego zwrotu w polityce kraju. Pytanie tylko, czy mu się to uda i czy starczy mu sił i ludzi.

Sił wystarczy, Putin ma pewne doświadczenie w ich używaniu, a także w mobilizowaniu dodatkowych rezerw w tej dziedzinie. Co zaś do ludzi… W jego otoczeniu jest grupa doradców, która jasno widzi problemy, o których wspomniałem wyżej. Ale jest pokaźna gromada zadeklarowanych neoliberałów, którzy obsadzili najważniejsze stanowiska rządowe a ich wpływ na ekonomikę jest duży. Niemal zaraz po wyborach zaczęto mówić o wymianie niemal całego rządu, z Dmitrijem Miedwiediewem na czele. Ale, jak pamiętamy, Putin nie działa pochopnie, a nawet nieco powolnie. Interesujące jest, że wśród jego najbliższych współpracowników są ludzie z naprawdę przeciwstawnych obozów ideologicznych. Prezydent Rosji decyzje podejmuje sam, to pewne, ale wysłuchuje poglądów z różnych źródeł. Z drugiej jednak strony wspomniana wymiana kadr jest niezbędna. Wszyscy oczekują znacznych przetasowań. Poczekajmy.

Polska – mały urwis

Co zaś do polskich reakcji na wybory w Rosji…. Poza doprawdy żałosnymi twierdzeniami niektórych mediów, że prawdziwym zwycięzcą wyborów rosyjskich jest Aleksiej Nawalny, ponieważ na jego wezwanie do bojkotu wyborów odpowiedziało tak wielu ludzi, że nie udało się władzom rosyjskim zrealizować zaplanowanej frekwencji 75 proc. (podczas gdy frekwencja w tegorocznych wyborach i tak była wyższa od poprzednich) i konkluzjami, że wybory były sfałszowane, bez podania żadnych konkretów, zwraca uwagę zachowanie polskiej klasy politycznej, która nie potrafi nie tylko wyciągać oczywistych wniosków z obserwacji otoczenia. Niezależnie od sytuacji związanej z otruciem Siergieja Skripala, wyczuwa się zmęczenie części europejskich elit napięciami w stosunkach z Rosją. Polska na tym tle, nie tylko na poziomie swej oficjalnej rusofobicznej polityki, ale na każdym niemal poziomie: w mediach, pożałowania godnych „naukowych” ośrodkach badania obszaru postradzieckiego nie potrafi wznieść się ponad poziom sztubackiej złośliwości, która nie wyrządza szkody nikomu poza samym jej źródłem. Nie ma żadnej chęci i umiejętności przeprowadzenia analizy na podstawowym choćby poziomie.

Po wyborach, na konferencji dla zagranicznych obserwatorów, warto było wysłuchać przewodniczącego delegacji chińskiej Pan Deweia, dyrektora Centrum Studiów nad Rosją i Azją, który poza wysoką oceną wyborów i gratulacjami z powodu wyboru Putina, jednym tchem zapewnił o doskonałych stosunkach rosyjsko-chińskich i zamiarach ich rozwijania. Delegacja chińska była najliczniejsza w historii obserwatorów rosyjskich wyborów. Podobne w entuzjastycznym tonie oświadczenie wygłosił przedstawiciel Indii i pozostali przedstawiciele delegacji zagranicznych obserwatorów. Świadczy to o tym, że Rosja dla wielu jest i pozostanie jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych i politycznych, a obecna sytuacja jest traktowana jako przejściowa. Kość niezgody – Krym, powtórzył właśnie na wyborach frekwencją i wynikami referendum z 2014 roku, które oceniano jako nieprawdziwe, bo przeprowadzone pod lufami karabinów.

Niewysłanie gratulacji Putinowi przez prezydenta Dudę jest właśnie takim szczeniackim zagraniem, na które nikt zresztą nie zwrócił w Rosji uwagi.

Kiedy zapytałem znajomą dziennikarkę z rosyjskiej telewizji państwowej, czemu nie przyjeżdża do Polski, choć kilka lat temu bywała w Warszawie częstym gościem odpowiedziała wprost: „Wiesz, Polska dzisiaj nikogo tu nie interesuje”.

Share Button

2 komentarze

  1. lubat napisał:

    „Ukraiński kryzys, potem wojna w Donbasie i przyłączenie Krymu do Rosji spowodowało zaostrzenie sytuacji międzynarodowej wokół Rosji.”

    Niedawno na jakimś spotkaniu Putin powiedział, że gdyby nie było Donbasu czy Krymu, to Zachód znalazłby sobie inny pretekst do sankcji, bo one istniały i miały się dobrze jeszcze przed puczem ukraińskim.

    Opisany proces wymiany kadr na różnych szczeblach trwa już od dłuższego czasu i chyba już nie ma żadnego decydenta, który nie byłby z nominacji Putina lub jego administracji. Putin nie dokona jednak jakiegoś cudu, bo nie przeskoczy problemu mentalności samych Rosjan. A przynajmniej pewnych elementów ich mentalności. Teoretycznie wszyscy są przeciw łapownictwu, ale większość gotowa jest dać w łapę, by załatwić sobie cokolwiek. Mają też dosyć swobodny stosunek do prawa, nakazów czy zakazów. To ma np. takie konsekwencje, że na tamtejszych drogach ginie tak dużo ludzi, nieproporcjonalnie do stopnia motoryzacji. Kilka lat temu w Rosji szalały pożary lasów, które w dużym stopniu były spowodowane ignorowaniem zakazu palenia ognisk w lesie lub nawet pobliżu.
    Jeśli nie ma nawyku poszanowania prawa na najniższym poziomie, to trudno oczekiwać go także na wyżynach władzy. Potrzebny jest czas i konsekwentna polityka elity władz.

  2. Nikt napisał:

    Idzie zając przez las i spotyka niedźwiedzia, niedźwiedź: zając, ty liniejesz? zając: nie; niedźwiedź złapał zająca za uszy i podtarł nim swoją rzyć.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*