Dziennikarz Onetu usłyszał dwa zarzuty w związku z opublikowaniem wideorelacji z terenu objętego stanem wyjątkowym. Bartłomiej Bublewicz i pracujący razem z nim operator odpowiedzą za utrwalanie za pomocą środków technicznych infrastruktury granicznej oraz przebywanie w zamkniętej strefie.

Krytycy wprowadzonego w czwartek stanu wyjątkowego, obejmującego 183 miejscowości wzdłuż granicy polsko-białoruskiej, zarzucają rządowi, że chciał po prostu usunąć organizacje pozarządowe i dziennikarzy z Usnarza Górnego, uniemożliwiając informowanie o sytuacji uchodźców.  A także monitorowanie poczynań Straży Granicznej, która według alarmujących doniesień aktywistów nie przyjmuje od uchodźców wniosków o ochronę międzynarodową i nie odwozi ich do ośrodków, tylko wypycha ich za polską granicę (tzw. push-back).

Zakaz działania mediów w strefie przygranicznej jest traktowany poważnie. Dwa zarzuty w związku z opublikowaniem wideorelacji z tego terenu usłyszał reporter Onetu i towarzyszący mu operator.

„Nie napotkaliśmy patrolu”

– Pomysł na relację był taki, że zatrzymamy się przy pierwszym policyjnym check-poincie i stamtąd opowiemy o tym, jak wygląda blokada dostępu do miejsc objętych stanem wyjątkowym. Nie napotkaliśmy jednak żadnego patrolu – opowiada o swoim materiale na łamach Onetu Bartłomiej Bublewicz.

Po publikacji wideo mężczyznę poproszono o stawienie się na komendzie w Hajnówce. Policja zamierzała przeszukać pojazd, którym przyjechał dziennikarz. Następnie chciała, by towarzyszący mu operator udostępnił karty do kamer z nagraniem, a sam dziennikarz złożył zeznania. Po odmowie odpowiedzi na pytania policjanci poprosili o telefon. Bublewicz odmówił.

Dziennikarz i operator usłyszeli dwa zarzuty: przebywania na terenie objętym zakazem oraz utrwalania za pomocą środków technicznych infrastruktury granicznej.

„To próba zastraszania”

W ocenie kierownictwa redakcji Onetu cała historia służy zniechęceniu dziennikarzy do pokazywania sytuacji na granicy. Wicenaczelny portalu podnosi, że wszystkie współczesne konflikty zbrojne były pokazywane w telewizji i w internecie.

Natomiast Jakub Kudła, prawnik Grupy RASP, argumentuje, że zarzuty nie mają podstaw.

– Odnoszę wrażenie, że postawienie zarzutów w tej sprawie ma na celu jedynie zastraszanie i utrudnienie pracy dziennikarzy. Materiał, który stanowi podstawę zarzutów w żadnym miejscu nie ukazuje infrastruktury granicznej, a dziennikarze nawet nie dotarli do granicy. Nie mogli zatem utrwalać za pomocą środków technicznych jej wyglądu – mówi Kudła, cytowany przez Onet. W sprawie zarzutu przebywania w zamkniętej strefie prawnik argumentuje, że Bartłomiej Bublewicz razem z operatorem wykonywali obowiązki pracownicze na rzecz swojej redakcji, podmiotu działającego w całej Polsce.

Media odjechały w czwartek

Stan wyjątkowy został ogłoszony w czwartek, tego samego dnia media, wolontariusze organizacji pozarządowych i aktywiści musieli opuścić trzykilometrowy pas nadgraniczny. W strefie nie mogą przebywać również turyści – chyba że udowodnią, że ich cel ma głęboki duchowy sens, bo dla kultu religijnego i uroczystości takich jak śluby czy chrzciny uczyniono wyjątek. Obowiązek wyjazdu zwykłych wycieczkowiczów przeraził lokalny biznes,  np. w Białowieży. Jednak ministerstwo spraw wewnętrznych już obiecuje, że zrekompensuje firmom z określonych branż poniesione straty.

Kwestia ewentualnej pomocy dla uchodźców pozostaje poza dyskusją.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Pierwsze śmiertelne ofiary kryzysu na granicy polsko-białoruskiej. Odnaleziono ciała migrantów

Są pierwsze śmiertelne ofiary kryzysu migracyjnego na polskiej granicy. Imigrant z Iraku z…