Najnowszy film Pietro Marcellego, który europejskiej publiczności kojarzyć się może z produkcją Paszcza wilka (2010), jest luźno inspirowany książką Jacka Londona. Ekranizacja Martina Edena ewidentnie próbuje wyjść poza sztywne ramy biografii artystów zniszczonych życiem. Widz, tak jak tytułowy bohater, musi do wszystkiego dojść sam, poukładać wątki  i znaleźć sens w historii, z którą przyszło mu obcować.

I muszę uprzedzić: seans staje się wyzwaniem, bo pierwszy akt jest po prostu nudny. Z czasem jednak twórcy wynagradzają nam czekanie – zarówno pod kątem artystycznym, jak i opowiadania wydarzeń.

Włoskie kino artystyczne w ostatnich latach jest wyjątkowo płodne. Hitem stały się produkcje takie jak Wielkie piękno (2015), Dogman (2018) czy Szczęśliwy Lazzaro (2018). Coraz częściej twórcy używają kina jako medium do przekazywania różnego rodzaju idei oraz dyskursów politycznych. Martin Eden filozoficznie sytuuje się gdzieś pomiędzy komunizmem partycypacyjnym a socjalizmem indywidualistycznym, o którym pisał Oscar Wilde w swoim eseju „Dusza człowieka w socjalizmie”. Do tego dochodzi nietzscheańska dialektyka mentalności niewolnika, która staje się dla bohatera punktem wyjścia do rozważań na temat przyszłości włoskiego proletariatu.

Pietro Marcelli dokonał trawestacji klasycznej historii młodego żeglarza, przeniósł również akcję powieści, wydanej w 1909 r., w inne czasy. Tyle tylko, że ani razu nie zostaje widzowi zakomunikowane, kiedy właściwie dzieją się wydarzenia prezentowane na ekranie. W zasadzie jednak… nie ma to większego znaczenia. Podobnie jak Sally Potter w filmie Orlando (1992), Włoch postanowił pobawić się chronologią wydarzeń, co w tym przypadku nadało filmowi poetyckości.

Martin Eden starał się wejść na wysoki poziom artystycznego wyrazu i ekipie filmowej się to udało.

To dobry pomysł: główny bohater wszak oczarowany jest poezją, zwłaszcza jej eksperymentalnymi formami. Przez cały seans towarzyszy nam zatem zabawa obrazem — część scen nagrywana jest w sposób statyczny, kamera robi powolne zbliżenia, a montaż jest naturalny, daleki od przesady. Gdy akcja przyspiesza, naturalnie tempo zmniejsza przerwę pomiędzy ujęciami.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem w filmie jest użycie archiwalnych kronik filmowych, fotografii, ale również odtwarzanych współcześnie scen z życia na morzu i w mieście. Ta problematyka podmiotowości ludzkiej duszy często wyznacza najważniejsze wydarzenia opowiadanej historii. Binarny podział miasto — wieś; woda — ląd; niewolnik — pan; powoduje, że Edenowi po pewnym czasie chce się wierzyć, mimo, że nie jest on idealnym protagonistą, z którym chcielibyśmy się utożsamiać. Jego wybory są naturalne i zrozumiałe właśnie dzięki temu, że operuje na znanych nam, zwykłym ludziom, schematach.

Na owacje na stojąco zasługuje grający na pierwszym planie Luca Marinelli.

Włoski aktor po raz kolejny udowodnił, że potrafi wspiąć się na wyżyny swojego talentu. Dzięki występowi w omawianym filmie Marinelli zdobył Puchar Volpiego na festiwalu w Wenecji, czyli nagrodę dla najlepszego aktora.

Na niekorzyść filmu działa nierówno rozłożony suspens. Metraż nie powinien nikogo przerażać – Martin Eden trwa niecałe 130 minut, a mimo wszystko może się okazać dla wielu nużący. Obraz Marcellego z początku dawkuje nam nowe wątki, bardzo rozważnie podchodzi do kwestii rozwijania historii i portretowania bohaterów. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku miłosnych podbojów głównego bohatera. Mimo, iż sam film zaczyna się od scen seksu, to o wiele więcej znaczą spojrzenia, uśmiechy i taniec. W oczach Marinelliego widać którą z dwóch towarzyszek życiowych Martin Eden kocha naprawdę.

Z drugiej strony zaś twórcy zasługują na pochwałę – w ostatnim czasie powstało stanowczo za dużo biografii umęczonych życiem artystów. Po pewnym czasie podgatunek biopiców zjadł swój własny ogon i stał się niezwykle wtórny. Tylko w ostatnich pięciu latach europejskie kino dostarczyło nam co najmniej trzy ważne produkcje — Van Gogh. U bram wieczności (2018), Tommaso (2019) czy The Staggering Girl (2019). Marcelli na szczęście uniknął błędów swoich poprzedników. Może i Martin Eden to podobna historia na znany temat, ale z pewnością nie jałowe i wątpliwe odtwarzanie tego, co już znaliśmy.

Na koniec refleksja o Martinie Edenie na tle aktualnej sytuacji w kinie włoskim. To kolejna produkcja po wspomnianych wcześniej filmach, która przedstawia męskiego protagonistę, w cieniu którego pozostają inni aktorzy i aktorki. To ciekawa tendencja, bo historycznie włoska kinematografia starała się rozłożyć stosunek kobiet do mężczyzn po równo. Trudno doszukiwać się w tym jednak patriarchalnej tendencji – film na półwyspie apenińskim przechodzi od jakiegoś czasu dużą przemianę. Dokąd  nas doprowadzi ten trend? Przekonamy się dopiero za kilka lat.

Polską premierę Martin Eden (2019) miał 21 maja 2021 roku, czyli w pierwszy dzień otwartych kin po lockdownie spowodowanym trzecią falą pandemii koronawirusa. Na ekrany kin wprowadził go dystrybutor Aurora Films.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. naturalnie tempo zmniejsza przerwę pomiędzy ujęciami… ? raczej skraca ujęcia :) przerw między ujęciami byśmy nie chcieli

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Wszyscy żyjemy w Squid Game [recenzja]

Śmiercionośna gra, w której na zwycięzców czekają środki pozwalające im przetrwać i w któr…