W styczniu cała Polska usłyszała o Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku-Wrzeszczu. To tam przewieziono ciężko rannego prezydenta Pawła Adamowicza, to tamtejszy personel medyczny do końca walczył o życie samorządowca. Spełnił się scenariusz dla lekarzy najgorszy: pacjenta nie udało się uratować. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że zrobiono wszystko, co mogło być zrobione i że UCK działało z najwyższym możliwym profesjonalizmem. Czy w takim miejscu mogą być naruszane prawa pracownicze?

Tak – twierdził Cyprian Kraszewski, szpitalny goniec i autor listów, które wpłynęły do redakcji Portalu Strajk w kwietniu tego roku. Pisał: nie mogłem doprosić się o umowę o pracę, z trudem wywalczyłem wypłatę w należnej mi wysokości, a do tego napatrzyłem się na nieprawidłowości takie jak zmuszanie pracowników z niepełnosprawnością do pracy w dodatkowych godzinach. Tak właśnie działa firma DGP, która na zasadzie outsourcingu zapewnia w UCK GUMed pracę gońców i personelu porządkowego.

Autor listu po jego publikacji otrzymał wypowiedzenie. A my postanowiliśmy sprawdzić na miejscu, jak się sprawy mają.

Niewidoczna praca

UCK to prawie czterdzieści klinik dla dorosłych, tyleż poradni, dziewięć klinik dziecięcych, ponad dwadzieścia poradni dla młodszych i najmłodszych pacjentów, laboratoria, pracownie, dwie wyspecjalizowane placówki onkologiczne. Kilkanaście budynków, na czele z tym najnowszym i najpiękniejszym, gdzie pacjenci idą do rejestracji przez przestronny hol, a przeszklona zielonkawa elewacja jeszcze błyszczy nowością. UCK to, jak głosi dyplom wręczony w lutym ubiegłego roku przez ministra Szumowskiego, najbardziej innowacyjny szpital w kraju na rok 2018.

Żeby ten kombinat mógł działać z pożytkiem dla pacjentów i bez potknięć, niezbędna jest mrówcza praca setek ludzi. Lekarze, pielęgniarki, położne – to oczywiste. Ale ich kwalifikacje i zaangażowanie szłyby na marne, gdyby nie pracownicy, których w zasadzie się nie zauważa. Personel sprzątający, o którego znaczeniu mimowolnie przypominają w holu głównym UCK zawieszone na ścianach urządzenia do dezynfekcji dłoni. Umyj ręce, sam nie wiesz, ile przenosisz na nich bakterii – ostrzegają napisy. Albo gońcy i sanitariusze, czyli ci, którzy dostarczają na oddział leki i wszelkie potrzebne produkty medyczne, przenoszą pojemniki z krwią, przewożą pacjentów, krążą z dokumentami. Bez nich szpital Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego (ani żaden inny) nie mógłby działać – kiedyś więc, co wydaje się logiczne, byli jego pracownikami. Teraz zatrudnia ich firma zewnętrzna. Cyprian Kraszewski twierdzi: stracili na tym.

Czy to powszechne przekonanie? Od gońca, napotkanego na korytarzu przed wejściem do windy, tego się nie dowiem. Nie ma kiedy. – Lecę po krew, nie mogę teraz rozmawiać – pada argument nie do odparcia. Zanim dźwig nadjedzie, młody chłopak da tylko do zrozumienia, że jeden potencjalny powód do narzekań odpadł: umowę o pracę już ma.

Marta, sanitariuszka, też na outsourcingu, z którą udaje się usiąść na dosłownie chwilę na korytarzu, gdzie czekają też rodzice z dziećmi pacjentami, również pracuje na podstawie umowy. Jej koleżance aż tak się nie poszczęściło. Trochę już w UCK jest, a dopiero teraz dostała umowę na okres próbny, dwumiesięczną. Ale jest pełna dobrych przeczuć: kiedy tę umowę podpisywała, dowiedziała się, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, to na koniec czerwca dostanie następną, już na czas nieokreślony. – Tak raczej musi być, że najpierw okres próbny – mówi. – Na pewno dotrzymają słowa i dadzą potem stałą.

Kobieta w średnim wieku, która dopala papierosa na tyłach jednego ze starszych budynków, gdzie w upalny dzień można cieszyć się odrobiną cienia i zieleni, w ogóle nie widzi potrzeby, żeby rozmawiać o pracy.

– Co ja myślę? A kto pyta? Dobrze myślę, podoba mi się tutaj! – pani w uniformie z logo firmy DGP nie jest zachwycona, kiedy dowiaduje się, że powstaje kolejny tekst o jej miejscu pracy. – Dajcie już spokój z tymi materiałami– sugeruje. Ożywia się na widok nadchodzącego mężczyzny w białym stroju. – Spójrzcie, jakiego mam fajnego kierownika. Dzień dobry, panie kierowniku!

Czyżby doniesienia były przesadzone i personel po prostu spokojnie wykonywał swoje zadania? W Polsce, gdzie prawa pracownicze łamane są na taką skalę, nie byłaby to wcale zła wiadomość. Na wszelki wypadek zagaduję jednak jeszcze grupę kobiet, które w krótkiej przerwie palą papierosy przed budynkiem Centrum. Gdy dowiadują się, kim jestem, odpowiadają tylko: – Tam z drugiej strony patrzy na nas brygadzistka.

Jeden wielki burdel

Na dwójkę gońców, których spotykam na szpitalnym łączniku między jednym nowym budynkiem a drugim, brygadzistka nie patrzy. Znajdą chwilę, porozmawiają. Zwłaszcza, że Mikołaj, młodszy z nich, ma już szczerze dość pracy w DGP. I, podkreśla, nie jest w swoich odczuciach osamotniony.

– Albo zrobią tu porządek, albo ludzie zaczną odchodzić i nikt już nie będzie pracował. Tu są jaja jak berety – oznajmia. – Za mało rąk do pracy, jeden wielki burdel.

Burdel potrafi przejawić się tym, że goniec, który na stałe pracuje na konkretnym oddziale, nagle jest rzucany np. na oddział ratunkowy, a jednostka, gdzie wykonywał swoje obowiązki na co dzień zostaje bez opieki. Albo tym, że brygadzistka zgadza się, by pracownica-goniec wzięła urlop – ale już nie pilnuje, żeby jej obowiązki na oddziale przejął kto inny. Wszyscy mają umowy o pracę? Bynajmniej. Według Mikołaja około połowy gońców dalej jest zatrudniona na umowy zlecenia.

– Sajgon – konstatuje Waldemar, starszy z pracowników. – Zdarzyło się tak, że na jednym pionie nie było trzech gońców. Co postanowiono? Ja mam dwa swoje stałe od- działy na pierwszym piętrze i dowiedziałem się, że mam jeszcze zap*dalać na czwarte piętro, obsługiwać ten, który został nieobsadzony. No i jadę z pacjentem na parterze, a tu brygadzistka do mnie wydzwania, że już, teraz, natychmiast muszę coś zrobić na czwartym piętrze.

Nie musi jednak nawet dochodzić do sytuacji wyjątkowych, żeby organizacja trzeszczała w szwach. Swoje robi rotacja i ciągłe braki ludzi. Czy to jest normalne, żeby na takim długim ciągu – Waldemar rozkłada ręce, jakby obejmował cały kilkusetmetrowy łącznik – było tylko dwóch gońców? Na wszystkie oddziały?

– Ilu tu jest mniej więcej pacjentów? – pytam.
– O Jezus Maria, musimy policzyć! – zgodnie kręcą głowami.

Dokładnie się na szybko nie doliczą, ale dosadnie dają do zrozumienia: naprawdę bardzo dużo. Za dużo na dwóch gońców. Jeśli zdarzy się gorszy dzień, więcej zadań do wykonania, nie mają szans się wyrobić. Dziś najgorzej nie było. Tylko dlatego w ogóle mogli zatrzymać się na łączniku i porozmawiać.

Pracować tu jeszcze przez dwa lata?

Wiadomość jakby nieco lepsza: kurs na sanitariusza, którego nie mógł doczekać się Cyprian Kraszewski, odbywa się, trwał miesiąc, właściwie już się kończy. Dla pracujących po południu odbywał się od dziewiątej do czternastej, dla pozostałych – później. Każdy miał więc szansę. Z płatnością firma też dotrzymała słowa: dla tych, którzy zobowiązali się przez dwa lata po jego ukończeniu pracować dla DGP, jest bezpłatny. Druga opcja to potrącanie płatności za kurs w ratach przez dziesięć miesięcy.

Mikołaj twierdzi, że wszyscy wybrali opcję pierwszą. – Wiem od kierowniczki, i brygadzistka u mnie też powiedziała, że wszyscy lojalkę podpisali – oznajmia z przekonaniem. Jego starszy kolega jest zdziwiony. – Ja nic nie podpisywałem – ripostuje z taką samą pewnością. – No, chyba że podstępem dali.

Jak więc w końcu sprawy stoją? Według Mikołaja sedno i tak leży gdzie indziej. – Ludzie będą próbowali się wykręcić, nawet jeśli podpisali, bo tu już nie wytrzymują nerwowo i psychicznie. Tak kombinują, żeby teraz nie musieć płacić za kurs, a potem, myślą, jakoś się uda.

Kombinuje też Ireneusz, kolejny napotkany goniec. Idzie łącznikiem z dokumentami („ostatnio noszę głównie listy, ludzie trochę gadają, że nic nie robię, niektórzy pode mną kopią dołki”) i opowiada, że poważnie myśli o tym, jak pożegnać się z DGP. Nawet, jeśli chodzi na kurs, wyrobił minimalne 50 proc. godzin, szykuje się do egzaminu i podpisał lojalkę. Myśli o pracy w służbie więziennej, głównie ze względu na dużo wyższe zarobki. Kusi perspektywa pracy, gdzie na start dostałby 2700 zł na rękę.

Służba zdrowia i outsourcing? Złe połączenie

Agnieszka, statystyk medyczny, ciągle jest pracownicą szpitala, nie firmy zewnętrznej („Tylko tego by brakowało, żeby jeszcze nas objął outsourcing!”). Ale z tymi, których zatrudnia DGP, współpracuje każdego dnia. I przygląda się z niepokojem temu, jak zewnętrzna firma nimi zarządza.

– Nie ogarniają wszystkiego – oszczędnie wyraża, co o tym zarządzaniu myśli.

Jest tak źle, jak opowiadali gońcy? Bałagan był zawsze, i za poprzedniego zatrudnionego podwykonawcy, Impelu, opowiada. Nic się w tym względzie nie zmienia. Czy coś pomoże to, że po zdanym egzaminie gońcy zostaną sanitariuszami? Według Agnieszki nowe uprawnienia nie zrobią żadnej różnicy. Zadania do wykonania i tak zostaną te same, a problem i tak leży w organizacji pracy i w tym, że ludzi jest za mało albo nie są dobrze przyuczeni do pracy.

– Weźmy panie sprzątające – mówi kobieta. – Kiedy przychodzi nowa, to nie odbywa się przeszkolenie, nie tłumaczy się, na co używa się jakiego środka. Ja sama nie umiałabym tutaj posprzątać tak, żeby epidemiologia mogła tu przyjść, zebrać próbki i potwierdzić, że wszystko jest w porządku. Nowego pracownika powinno się wprowadzić, nauczyć. A tymczasem wszystko odbywa się we własnym zakresie.

Listy pracownika opublikowane przez Portal Strajk, a potem „Dziennik Trybuna” czytała. Zgadza się z ich ogólną wymową. Ale też nie dziwi się, dlaczego nie było łatwo znaleźć ludzi, którzy chcieliby ze mną, nawet anonimowo, o tych sprawach rozmawiać.

– Ja się nikomu nie dziwię – mówi kobieta. – Jeśli ktoś powie publicznie, że widzi nieprawidłowości, to… – wykonuje znaczący gest.

Upewniam się: straci pracę?

– Tak – oznajmia Agnieszka. – A przecież ludzie gdzieś pracować muszą.

Fakt, z niektórymi pracodawca liczy się bardziej. Na przykład z bardziej doświadczonymi członkami szpitalnej załogi, takimi, którzy już się w tym miejscu zasiedzieli. Wychodzi z założenia, że gdyby jeszcze oni odeszli, to w ogóle organizacja pracy mogłaby się posypać. To dobrze, ale to nie jest rozwiązanie.

– W szpitalu powinno być trochę jak w domu rodzinnym – mówi. – Stały zespół: gońcy, sanitariusze zatrudnieni bezpośrednio przez placówkę. Kiedy jest firma zewnętrzna, to kierownictwo i tak musi ogarniać całokształt, a do tego jeszcze nadzorować tę firmę. Pewnie jakaś logika w tym jest, ale jaka? Moje zdanie jest takie, że najlepiej byłoby, dla wszystkich, gdyby szpital zrezygnował z outsourcingu i wrócił do dawnego systemu.

Pracownica nie ma wątpliwości, że gdyby kierownictwo UCK miało bardziej rygorystyczne wymagania względem podwykonawcy, to DGP dostosowałoby się do nich i działałoby inaczej. – Najwyraźniej wymagania są mikre – podsumowuje.

W sprawie umów, na jakie zatrudnia się pracowników, DGP potwierdza: przy realizacji usług na terenie UCK firma kieruje się zapisami Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia i wymogami zamawiającego, czyli Centrum. Zamawiający nie oczekuje, by każdy dostał umowę o pracę.

– Zamawiający dopuszcza zatrudnianie pracowników na umowę zlecenie, w przypadku zastępstw wynikających z urlopów pracowników lub długotrwałych zwolnień chorobowych. Liczba osób zatrudnionych na podstawie umowy innej niż umowa o pracę jest zatem uzależniona od ilości absencji urlopowo-chorobowej w poszczególnych dniach, stąd też jest zmienna – tłumaczy mi przedstawiciel firmy.

Radiowóz przed szpitalem

Jeśli wymagania UCK wobec firmy zaangażowanej do outsourcingu nie są wysokie, to nie jest też wysoki również autorytet pracodawcy wśród gońców, z którymi rozmawiam przed szpitalną apteką.

To tam wydawane są leki i inne niezbędne przedmioty zlecone przez oddziały. Do apteki często robi się kilkuosobowa kolejka, można przysiąść na chwilę. Spotykam znowu Mikołaja, widzę też inne znajome twarze pracowników, z którymi minęłam się wcześniej na korytarzu. Wtedy biegli ze zleceniami, teraz mają chwilę odpoczynku. Krótką chwilę – zabiorą to, czego potrzebuje położnictwo, radioterapia, kardiologia, patologia ciąży i ruszą dalej. Mikołaj załaduje cały plastikowy pojemnik na leki i żeby zabrać wszystko jednym kursem musi posiłkować się własną kolorową torbą na kółkach.

Wcześniej jednak zdążą opowiedzieć mi, jaki jest najnowszy temat rozmów wśród gońców: jednego z nich policja zabrała prosto z klinicznego oddziału ratunkowego o pierwszej w nocy. Przyszedł do pracy pijany, wiózł pacjenta. Inna żywo omawiana pogłoska: wśród zatrudnianych przez DGP jest człowiek poszukiwany za długi. Funkcjonariuszy na terenie UCK widuje się zresztą coraz częściej. Przypominam sobie, że przed budynkiem faktycznie od kilku godzin stoi radiowóz.

– Takie rzeczy tu się dzieją – z rozmachem podsumowuje Mikołaj. – To się nadaje do kabaretu, albo na czarną komedię.

Kurs na sanitariusza, dodają, też nadaje się do kabaretu. Wspominają, jak prowadząca powiedziała im wprost, że wszyscy muszą go zaliczyć, więc nawet jeśli ktoś odda test końcowy ze złymi odpowiedziami, to ona je poprawi. Grunt, żeby wcześniej wyrobić 50-procentową frekwencję. Po co firmie tacy sanitariusze? Gdyby, tłumaczą mi, przykładowe 10 osób nie zdało, firma musiałaby szukać 10 nowych, a skąd wziąć tylu gońców. W przekonaniu pracowników braki już są łatane, kim popadnie.

Bez ucha, bez oka, bez ręki – ale pracuj za najniższą. Zatrudnią kogokolwiek – taka jest w odczuciu gońców filozofia firmy.

Racjonalne podejście do zadań

– Pracownicy realizujący usługi na stanowisku gońca, mają podpisaną umowę na realizację zadań w ramach Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Gdańsku, nie zaś pojedynczego obiektu. Jak wskazuje nazwa stanowiska, charakter pracy gońca wiąże się z częstym przemieszczaniem pracownika w ramach obiektów Szpitala. Pracodawca określając teren pracy pracownika kieruje się racjonalnym podejściem do zadań, jednak mając na uwadze jak najlepsze świadczenie usług dla Kontrahenta, możliwa jest zmiana obiektu obsługiwanego przez określoną osobę – tak przedstawiciel DGP podsumowuje ogólne zasady i praktykę zatrudniania na tym stanowisku.

Czy faktycznie gońcy są przerzucani z jednej części szpitala do drugiej lub obsługują po kilka jednostek równocześnie?

Decydują doraźne potrzeby, tłumaczy DGP. Faktycznie, gdy goniec świadczy pracę w zastępstwie innego pracownika, chorego lub urlopowanego, może zastąpić osobę z innego oddziału niż ten, na którym wykonywał zlecenia do tej pory.

Firma twierdzi jednak, że organizując pracę w ten sposób dąży właśnie do ograniczenia sytuacji, o które pytam. – Działanie takie ma na celu powstrzymać zjawiska powierzania pracy jednej osobie na kilku oddziałach równocześnie lub też częstemu przenoszeniu pracownika z jednego oddziału na drugi – dowiaduję się od przedstawiciela DGP Clean Partner.

Mogło być gorzej?

– Ja nawet lubiłem tę pracę, chociaż była nisko płatna i wymagająca. Czułem, że robię coś pożytecznego, potrzebnego ludziom – opowiadał mi Cyprian Kraszewski. – Problem zaczynał się tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy przerzucali z oddziału na oddział, przecież każdy ma swoją specyfikę, którą trzeba poznać – i równocześnie wykonywać zlecenia. Dopóki praca nie zaczynała człowieka przerastać, przynosiła nawet jakąś satysfakcję.

Czy mają satysfakcję pracownicy personelu sprzątającego, których zagaduję w pomieszczeniu na najniższej kondygnacji szpitala? Młodszy deklaruje, że z pracy jest zadowolony. Umowę dostał, nikt nie narzuca mu dodatkowych, nieoczekiwanych obowiązków. Wszystko jest, jak powinno być.

Starszy nie śpieszy się z wyrazami radości, ale narzekał też nie będzie. – Praca jak każda inna – stwierdza. – Prawdziwy mobbing, to był w stoczni. Chodziłem kilka lat temu na takie spotkania dla pracowników, to się dopiero historii nasłuchałem.

Żadnej historii nie opowie za to inny starszy pracownik personelu sprzątającego, którego zaczepiam przy kubłach na śmieci. Na hasło „jak się pracuje dla DGP” macha tylko ręką i przetacza puste pojemniki dalej.

Imiona pracowników DGP zostały zmienione.

3 lipca przed budynkiem UCK w Gdańsku ma odbyć się pikieta protestacyjna.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Jak Grecja szła na dno – cz. II. Memoranda, restrukturyzacje i „pakiety pomocowe”

Gdy katastrofalna sytuacja ekonomiczna Grecji została dostrzeżona i kraj ten stanął na kra…