Kiedy kilka tygodni temu pojawiła się informacja, że jedna z najbardziej znanych warszawskich kluboksięgarni – „Czuły Barbarzyńca” zostanie zamknięta, wielu moich znajomych wklejało smutne emotikony na portalach społecznościowych. Było to bowiem miejsce niewątpliwie zasłużone w dziedzinie promocji i czytelnictwa i obcowania z kulturą. Niektórzy upatrywali w zniknięciu kultowego lokalu dowodu na destrukcyjny wpływ kolejnej fazy zjawiska gentryfikacji, czyli zmiany składu klasowego dzielnicy, wywołanego inwestycjami, które czynią tani i „klimatyczny” dotąd obszar modnym i atrakcyjnym dla klasy średniej. Według tej teorii „Czuły Barbarzyńca” miał się stać ofiarą procesu, do którego sam się walnie przyczynił, ściągając na Powiśle armię hipsterów, zamożnych miłośników latte i sklepów ze zdrową żywnością.

Prawdziwa przyczyna zakończenia działalności „Czułego” okazała się jednak prozaiczna. Otóż właściciel lokalu, Tomasz Brzozowski, człowiek kreujący się od lat na mecenasa kultury i członka nowej mieszczańskiej elity, okazał się zwyczajnym polskim „januszem biznesu”. Według informacji podanych przez warszawskie wydanie serwisu „Metro”, notorycznie zalegał z opłatami za czynsz wobec wspólnoty mieszkaniowej. Facet, który budował swój wizerunek nowoczesnego generatora kuturotwórczej tkanki miejskiej, doprowadził do tego, ze zarządcom ponad stuletniego budynku zaczęło brakować środków na jego bieżące remonty. Nieregulowanie należności, jak się okazuje, było jednym z filarów biznesowej filozofii właściciela „Czułego Barbarzyńcy”. Według ujawnionych informacji, dziarski przedsiębiorca nie kwapił się również z płaceniem za prąd, wodę czy internet. Jedna z jego byłych pracownic ze wstydem wspomina, jak zmuszona była napełniać rezerwuary w toaletach oligocenką. Do codziennych obowiązków obsługi lokalu należało również odbieranie telefonów od wściekłych przedstawicieli wydawnictw, którzy nie mogli się doprosić, aby Brzozowski zwrócił im niesprzedane książki. Wisienką na torcie jest jednak sposób, w jaki właściciel traktował swoich podwładnych. Jedna z pracownic przyznała, że przez kilka pierwszych tygodni wychodziła z pracy płacząc; inna wspomina, że szef wydzielał jej wypłatę po 100 złotych, radząc jej przy tym, żeby „za szybko nie wydawała”, po czym nie omieszkał się pochwalić kupioną za 1000 zł szafką na buty.

Z opowieści osób, które pracowały w „Czułym Barbarzyńcy” wyłania się obraz szefa – bezwzględnego wyzyskiwacza ze odchyłami narcystycznymi. Niestety, takich postaci nie brakuje w świecie biznesów, których brand opiera się na wytworzeniu aury wyjątkowości, alternatywnego klimatu i niekorporacyjnej estetyki. Bardzo często za takim budzącym pozytywne emocje wizerunkiem kryją się praktyki równie nieludzkie, co w pierwszym lepszym korpo. Kilka lat temu jeden z takich lokali na warszawskiej Pradze otrzymał nawet laur „Najgorszego Pracodawcy Roku” po tym, jak zatrudniony w nim pracownik trafił do szpitala ze zmiażdżoną nogą, którą przygniotła mu betonowa podstawa parasola. W Poznaniu z kolei głośno było o rażącym łamaniu praw pracowniczych w sieci wegańskich bistro. Równie niepokojące historie można usłyszeć od byłych pracowników najbardziej znanego lokalu serwującego roślinne burgery. Mobbing, niskie płace i brak partycypacji pracowniczej są zabezpieczane przez iluzję zaangażowania i alterklimat, który sprawia, że dla wielu osób, nawet tych szczególnie uwrażliwionych na kodeks pracy, niewyobrażalnym wydaje się, aby właśnie „w tym miejscu” dochodziło do praktyk rodem ze strony „Beka z przedsiębiorców”. Przypadek „Czułego Barbarzyńcy” jest smutny i rozczarowujący zarazem, bo po raz kolejny okazuje się, że kiedy znika miraż uwodzicielskiego szeptu dyskusji o literaturze i aromatów kawy zapatystów z Chiapas, ukazuje nam się taki sam smutny pejzaż wyzysku i cwaniactwa.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
    1. W sensie, żeby przeprowadzić wywiad z Brzozowskim, jak on to widzi? Dawaj!

    2. Jakiej drugiej strony? Ludzie przez lata byli wykorzystywani i nie dostawali pieniędzy za wykonywana prace! Trzeba bylo sie prosic o pieniadze. Każdy kto rezygnowal z pracy stawał się wrogiem numer 1 i nie mógł już przychodzić do księgarni. Wiem co mówię,bo pracowałam tam 6 lat.

  1. No tak, to było do przewidzenia. Zyskobiorca kreujący się na miłośnika alternatywy, tworzący lokal dla klasy średniej a pogardzający prekariatem.

  2. Hehe, tak to jest, gdy samozwańcza lewica przyjmuje liberalny dogmat dobrej i pożytecznej prywatnej działalności gospodarczej, zamiast walczyć o całkowitą likwidację prywatnego szwindlu. Gdzie podziali się komuniści?

    1. Tam gdzie: mamuty, tyranozaury, trylobity…Jako gatunek nieprzystosowany na szczęście wymarli :DDD

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Czy Konfederacja rozpadnie się, bo jej ekonomiści nie potrafią liczyć procentów?

Wiemy już na pewno, czego nie potrafią – ogarnąć finansów swojej formacji. Państwowa…