Niedziela 11 kwietnia upłynie w Ameryce Południowej pod znakiem wyborów. Ekwadorczycy w II turze wybiorą głowę państwa, Peruwiańczycy głosując na jednego z 18 kandydatów na prezydenta uczynią ku temu pierwszy krok, w Boliwii natomiast rozstrzygnie się rywalizacja o fotele gubernatorów w czterech (z dziewięciu) departamentów. Wyniki tych wyborów mogą mieć bardzo istotny wpływ na przyszłość całego kontynentu.

Obywatele Ekwadoru wybiorą na prezydenta jednego z dwóch kandydatów, których dzieli praktycznie wszystko. Zwycięzca pierwszej tury, ekonomista Andres Arauz, to zadeklarowany socjalista, opowiadający się za rozbudową systemu zabezpieczeń społecznych, ambitnymi inwestycjami publicznymi, podwyżką podatków dla najbogatszych, modernizacją publicznego systemu edukacji, w polityce zagranicznej stawiający na współpracę z innymi lewicowymi rządami w regionie i sprzeciw wobec dyktatów USA i MFW. Cieszy się on także poparciem Rafaela Correi – wciąż bardzo popularnego w kraju i na kontynencie byłego lewicowego prezydenta. Jego oponent, Guillermo Lasso, milioner i były bankier, jest zwolennikiem nieskrępowanego wolnego rynku, prywatyzacji, cięcia wydatków na cele socjalne i bliskiej ,,współpracy” ze Stanami Zjednoczonymi. Faworytem jest bez wątpienia Arauz, który w pierwszej turze zdobył ponad 32 proc. głosów w stosunku do niecałych 20 proc. Lasso, który o włos i w kontrowersyjnych okolicznościach pokonał Yaku Péreza. Właśnie to, kogo zdecydują się poprzeć w II turze wyborcy tego kandydata, lewicującego, ale dystansującego się od ruchu Correi i ekwadorskiej lewicy głównego nurtu, może przesądzić o wyniku niedzielnych wyborów. Sytuacja jest generalnie bardzo napięta i niepewna – jeszcze w tym tygodniu w badaniach opinii publicznej aż 20 proc. ankietowych deklarowało się jako niezdecydowani w kwestii wyboru kandydata.

Jeszcze bardziej nieprzewidywalna jest sytuacja w Peru, gdzie w I turze wyborów prezydenckich weźmie udział aż 18 kandydatów. W sondażach tylko sporadycznie którykolwiek z nich przekraczał 12 proc., a realne szanse w walce o drugą turę ma co najmniej piątka kandydatów. Większość z nich to reprezentanci prawicy i liberałów. Peruwiańska lewica pokłada swoje nadzieje w Veronice Mendozie, kandydatce koalicji kilku partii lewicowych i centrolewicowych Juntos por el Perú. W swojej kampanii głosiła ona konieczność zmiany neoliberalnej konstytucji i przeprowadzenia gruntownych prospołecznych reform obejmujących służbę zdrowia, zabezpieczenia socjalne, system edukacji i rynek pracy. Ostatnie sondaże przed wyborami dawały jej trzecie miejsce z poparciem 12,4 proc. (wobec 13,6 proc. lidera Yonhy’ego Lescano. Optymizmem napawa fakt, że notowania Mendozy szybko rosły ostatnich tygodniach przed wyborami, dzięki jej udanym występom w przedwyborczych debatach telewizyjnych. Grupa wyborców niezdecydowanych na kilka dni przed wyborami była w Peru jeszcze większa niż w Ekwadorze – aż 28 proc. Przy okazji głosowania na prezydenta Peruwiańczycy wybiorą również deputowanych do Kongresu Republiki. W tym przypadku sondaże również zwiastują skrajne rozdrobienie. Wynika z nich bowiem, że w nowym parlamencie zasiądą przedstawiciele aż 12 ugrupowań (w obecnym reprezentowanych było ,,tylko” dziewięć partii). Niedzielne głosowania w Peru będą jednak czymś więcej niż tylko wyborem nowych władz. Odegrają bowiem rolę swego rodzaju plebiscytu w kwestii kierunku reform w kraju, których konieczność brutalnie obnażyła pandemia koronawirusa, a których postulaty głośno wybrzmiały podczas jesiennych protestów. Mowa tu przede wszystkim o zmianie neoliberalnej konstytucji, ale także o prospołecznej przebudowie w systemu podatkowego i sprawie reformy rolnej.

W Boliwii kandydaci rządzącego Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) staną do walki w II turze wyborów gubernatorskich w departamentach La Paz, Chuquisaca, Pando i Tarija. Szczególnie zacięta rywalizacja będzie w stolicy, gdzie Franklin Flores z MAS zmierzy się Santosem Quispe z Juntos al Llamado de los Pueblos, lewicowego ugrupowania opozycyjnego wobec MAS, któremu w niedawnych wyborach udało się zadać symboliczny cios partii Evo Moralesa, przejmując władzę w jej mateczniku – mieście El Alto. Ruch na rzecz Socjalizmu stara się nie dopuścić, by taka sytuacja powtórzyła się na poziomie kluczowego departamentu stołecznego.

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Unia Europejska popiera PiS w sprawie wyrzucania migrantów do Białorusi

Komisja Europejska w Brukseli zgodziła się dziś na pozytywne przyjęcie wniosku rządu polsk…