31 stycznia 2020 roku, włoskie władze sanitarne zidentyfikowały pierwszy przypadek koronawirusa SARS-CoV-2 w Europie. Tak zaczął się europejski rozdział pandemii, pod której znakiem upłynął już potem cały miniony rok. Już jesteśmy wdrażani do myślenia o obecnej zapaści ekonomicznej jako o kryzysie „spowodowanym” pandemią COVID-19. Tymczasem nic bardziej błędnego.

Strukturalne problemy kapitalizmu (Himalaje zadłużenia wszystkich i wszystkiego, coraz większe nierówności, rozlewające się geograficzne i demograficzne plamy strukturalnego bezrobocia, chronicznie niska rentowność wszelkiej „realnej”, produktywnej aktywności ekonomicznej) pęczniały od nierozwiązanego kryzysu 2008 roku. Już przez kilka ostatnich miesięcy roku 2019 amerykańska Rezerwa Federalna prowadziła po cichu kolejną operację „drukowania” setek miliardów dolarów, by zapewnić płynność na międzybankowym rynku tzw. kredytów overnight – kredytów, których banki udzielają sobie nawzajem na „do jutra”, na realizację bieżących zobowiązań, żeby system finansowy się nie zatkał z dnia na dzień.

Nie jest prawdą, że kapitaliści z zasady boją się lub pragną uniknąć kryzysów. Zależy, kiedy – i którzy kapitaliści. Kiedy pandemia uderzała w Europę i Stany Zjednoczone, wielu z najsilniejszych kapitalistów tęskniło od dawna za jakimś impulsem, szokiem, który zresetowałby to wszystko raz a dobrze. Przebiłby bańki, wykosił słabszych konkurentów, dobił nierentowne podmioty i sektory, przy pomocy bankructw przecenił ich aktywa, ułatwiając ich przejęcie i tym samym wzmocnił pozycję monopolistów i oligopoli, a także przecenił siłę roboczą, zwiększając rezerwową armię pracy. A gdyby jeszcze winę za to wszystko dało się zrzucić na coś zupełnie zewnętrznego wobec samego systemu, to już w ogóle. The virus did it, „wirus to wreszcie zrobił” – cytując marksistowskiego ekonomistę Michaela Robertsa. Wirus pochodzi zarazem z „zewnętrznego” dla ludzkiej gospodarki świata przyrody i z „zewnętrznych” dla kapitalizmu Chin (bo rządzonych przez ludzi, którzy sami nazywają siebie komunistami). Jest więc w tych warunkach, przynajmniej dla niektórych, ideologicznie doskonałym prezentem od losu.

Leczenie godziną policyjną

W Niderlandach – tutaj od ponad dwóch lat mieszkam – mamy już trzeci kompletny lockdown. Od tygodnia, jak we Francji, towarzyszy mu godzina policyjna: nie można wychodzić z domu po 21:00. Rząd początkowo planował wcześniejszą godzinę, ale chyba przestraszył się społecznego oporu. Nikt już nie wierzy w rządowe deklaracje dotyczące daty końcowej tych środków, ponieważ co dwa tygodnie i tak są przedłużane. Pierwszy lockdown miał być na 6 tygodni, trwał prawie 3 miesiące. Numerowanie lockdownów staje się coraz powszechniejszym sposobem orientowania się w czasie, ponieważ większość dni i tygodni w zamknięciu i izolacji niczym się poza tym między sobą nie różni.

Fakt, że to się znowu i wciąż dzieje nawet tutaj, w kraju uchodzącym za wyjątkowo racjonalny i dobrze zorganizowany, znaczy, że nie tylko najbardziej niedorzeczne rządy w Europie (torysi w UK, PiS w Polsce) wszystko zawaliły. Cała Europa nie zdała egzaminu – jeśli w ogóle chciała go zdać. Jeszcze większa katastrofa amerykańska nie wystarczy, żeby ukryć skalę europejskiej porażki. Jest trochę mniej źle niż w USA, ale prawie wszędzie jest lepiej niż w USA.

Nasz kontynent miał już najdłuższe na świecie i obejmujące największe terytoria lockdowny – i nic. Jesteśmy nadal tam, gdzie byliśmy. Chiny wyeliminowały nowego koronawirusa, wprowadzając lockdowny na skalę maksimum prowincji, nierzadko tylko miast, na czas zwykle kilku tygodni. W Wietnamie na COVID-19 umarło tylko trzydzieści kilka osób. Ani tam, ani w Korei Południowej, która również odniosła sukces, nie było ogólnokrajowego lockdownu. Były regionalne i punktowe (w dotkniętych miejscowościach). O czym się w Europie lubi zapominać, sukcesy na Dalekim Wschodzie nie wzięły się jednak wyłącznie z narzucania społeczeństwom zakazów, restrykcji i kar, ale i jednoczesnych realnych działań. Kiedy ludziom nakazano siedzieć w domach, to dostarczano im na koszt państwa żywność pod drzwi. Kiedy nie mogli iść do pracy, nie musieli płacić czynszu. Żeby zapanować nad rozprzestrzenianiem się wirusa, do śledztw epidemiologicznych i przeprowadzania testów przeszkolono funkcjonariuszki państwowych urzędów i kierowców autobusów.

Ile z podobnych konstruktywnych elementów widzieliśmy w Europie? Kazano nam zamykać się w domach, ale jednocześnie samodzielnie dbać o przetrwanie, chodzić do pracy, płacić rachunki. W Holandii pomimo zastoju gospodarczego, czyniącego poszukiwanie pracy niemożliwym, tysiące ludzi tracących teraz pracę otrzymują zasiłek dla bezrobotnych jedynie na kilka miesięcy, czasem zaledwie trzy, i to pod warunkiem, że… aktywnie szukają pracy. Której nie ma!

Czekając na Godota

Z czasem okazało się, że oprócz czekania na szczepienia, właściwie nic innego się w tej materii w Europie nie dzieje. Dzisiaj, na dodatek, widzimy też, że szczepienia już kroją się na całym kontynencie na kolosalną porażkę. Toczą się za wolno, Europa nie zabezpieczyła się dywersyfikując źródła szczepień, ograniczyła się tylko do garstki prywatnych europejskich i amerykańskich koncernów, które, póki co, zawiodły na całej linii.

Co, jeśli „walka z wirusem” nigdy tak naprawdę nie figurowała wysoko na liście zadań nawet tych rządów europejskich, które uchodzą za najbardziej racjonalne i rozgarnięte? W końcu nawet Niemcy, z überracjonalną idolką neoliberalnych technokratów Angelą Merkel u steru, mają dzisiaj kolejny lockdown (niewykluczone, że do kwietnia) i nawet godziny policyjne tu i ówdzie. Albo – nie była celem, a jedynie pretekstem? Albo została w pretekst przekształcona?

Nie wystarczy używać elementów jakiejś polityki, żeby składały się na taką politykę realnie. Wszystko zależy. Co, gdzie, kiedy, jak, dlaczego, w jakiej konfiguracji, w jakiej kolejności. Ma znaczenie, czy postawimy tamę przed powodzią czy po, kiedy miasto już zalane i może warto by je w pierwszej kolejności raczej zacząć suszyć. Co, jeśli lockdowny mogły się udać tylko wprowadzone tak wcześnie, jak to zrobiono na Dalekim Wschodzie, a dzisiaj to już jest jak budowanie tamy w samym środku powodzi?

Uniki

Co, jeśli naczelnym celem europejskich polityków zbyt długo było przede wszystkim robienie uników? Najpierw – unikanie problemu, udawanie, że go nie ma i tutaj nie dotrze. Nie dotrze z Chin. Za późno. No to nie dotrze z Włoch. Odwlekanie działania. Egoizmy narodowe i zostawianie pierwszych dotkniętych państw europejskich samym sobie. W końcu rynek podobno wszystko rozwiązuje spontanicznie, „naturalnie”. Służeniu temu bożkowi większość z europejskich polityków poświęciła całe kariery.

Potem dalsze unikanie decyzji, odwlekanie ich w czasie. Najpierw po to, żeby doraźnie chronić interesy kapitału tradycyjnego, produkcyjnego, turystycznego i handlowego, żeby nie zaburzać mu interesów. We wczesnych europejskich etapach pandemii, we Włoszech i Hiszpanii, kiedy już podjęto jakieś działania, zabroniono ludziom odwiedzać przyjaciół i chodzić do kina czy na imprezy, ale kazano nadal zasuwać do hali fabrycznej, żeby na chwilę nawet nie przerwać produkcji takich dóbr pierwszej potrzeby jak np. samochody. Gdzieniegdzie wysyłano nawet policję, gdyby im się w tych fabrykach coś nie podobało, np. nie czuli się bezpiecznie.

Było też unikanie gniewu „soli ziemi”, tych wszystkich drobnych i niedrobnych burżua, którzy by oszaleli, jakby im ten jeden raz zabronić nart w Alpach. Unikanie odpowiedzialności za zimowy przemysł turystyczny, gdyby go raz, na jedną (poprzednią) zimę zamknąć, żeby zatrzymać obieg wirusa. Ale na raz, w całej Europie, jednocześnie. Tymczasem poszczególne rządy czekały aż będzie już za późno, czasem otwarcie uzasadniając, że ofiar jest jeszcze za mało, żeby np. na kilka tygodni zakazać podróży. A potem, jak już było za późno, unikanie katastrofy systemów ochrony zdrowia wydrenowanych z zasobów przez kilka dekad neoliberalizmu – odsuwanie części zakażeń nieco dalej w czasie, zwane też „wypłaszczaniem krzywej”.

Gdyby Europa anulowała poprzedni zimowy sezon urlopowy, zwłaszcza w Alpach i innych wysokich górach, lockdownów na taką skalę mogłoby nie być; trwałyby np. po kilka tygodni, i polegały np. na zawieszeniu podróży i może kwarantannach poszczególnych dotkniętych miast i regionów. Dawno byłoby już po sprawie, jak w Chinach, Korei i Wietnamie. Unikanie problemu i odpowiedzialności rozniosło koronawirusa po Europie – i za Atlantyk. To z Europy przecież przeniósł się do Nowego Jorku, Rio de Janeiro i São Paulo, a stamtąd dalej.

Czasu jednak nie da się odwrócić. Dziś, kiedy stwierdzonych zakażeń (stanowiących przecież jedynie ułamek rzeczywistych, bo większość rządów prowadzi testy i statystyki zupełnie na rympał) jest już około 100 milionów, może warto by stawić czoło takiej oto możliwości: nowego SARS-a już nigdy nie uda się wyeliminować – trzeba będzie nauczyć się nad nim panować i leczyć COVID-19, a najlepszy dostępny jeszcze scenariusz jest być może taki, że stanie się on jednym z wielu wirusów zwykłej grypy sezonowej czy przeziębienia, jak inne podobne wirusy, które złapaliśmy od różnych zwierząt na przestrzeni minionych 4,5 tysiąca lat, czyli od pierwszej grypy złapanej od kaczek lub gęsi (jest ona z nami do dzisiaj).

Komu i czemu to właściwie jeszcze służy?

Być może przeciąganie w nieskończoność kwarantann i lockdownów nie jest już wcale motywowane dążeniem do eliminacji wirusa (niewykluczone, że już niemożliwej), ani „walką z pandemią”, a sprzężeniem innych sił i interesów, z których jedne ocknęły się w tym wszystkim poniewczasie, a drugie postanowiły potraktować tę sytuację jak okazję, jakiej jeszcze nie mieli?

Najsilniejsze „nowe” sektory kapitału, zwłaszcza monopoliści cyfrowi, technologiczni, informacyjni czy logistyczni, od Amazona, przez Google i Facebooka po Netflix, zobaczyli w tej sytuacji niepowtarzalną szansę na umocnienie własnej dominacji we własnych sektorach i nad innymi sektorami. Szansę również – jak wskazywała wcześnie Naomi Klein – na odzyskanie wizerunkowych strat ponoszonych od kilku lat przez gigantów cyfrowych. Pandemia podsunęła im możliwości odzyskania społecznego zaufania dla ich coraz bardziej intruzywnych, szpiegujących i demolujących demokratyczną debatę technologii (teraz przedstawianych w nowym kontekście, jako zbawienne instrumenty „walki z pandemią”).

Politycy zarządzający z ramienia kapitału systemem, po początkowym okresie indolencji i ulegania oporowi i lękom „starych”, produkcyjnych sektorów kapitału, zobaczyli też w końcu możliwości dla siebie: okazję na polityczny eksperyment na skalę, jakiej jeszcze nie było, za jednym zamachem na dwóch planach. Plan pierwszy: badanie możliwości arbitralnego zawieszania praw, jak również demolowania samych procedur zmieniania prawa (o ile zakład, że nawet po masowych szczepieniach tylko część obostrzeń obecnych sanitarnych stanów wyjątkowych zostanie anulowana?). Plan drugi: wdrażanie swoich populacji do pogarszających się warunków życia; badanie granic, jak daleko i jak szybko można te warunki obniżać i wciąż trzymać społeczeństwa pod kontrolą. Jedno i drugie będzie, jak znalazł wraz z nieuchronnym pogłębianiem się degrengolady globalnego kapitalizmu i kryzysu klimatycznego oraz coraz trudniejszych do zarządzania społecznych konsekwencji tychże. Będziemy żyć w społeczeństwie wiecznie lub cyklicznie skoszarowanym we własnych domach, któremu można reglamentować nie tylko dobra, nie tylko usługi, ale nawet dostęp do pozarynkowych życiowych przyjemności, jak wieczorny spacer z przyjaciółmi czy odwiedziny u kochanka. Politycy rozpoznali wspólnotę interesu z Big Tech i innymi formami dominującego dziś kapitału, i zwarli z nimi szeregi.

Wszystkie rządy wystawiły do kamer naukowe „autorytety”, które miały legitymizować wszystkie podejmowane środki – a jednak każdy kraj robił co innego, albo w innym czasie, albo w innej kolejności – i to nawet, jeśli wyłączymy z porównań dwa kraje najbardziej odbiegające w swoich reakcjach od reszty Europy – Szwecję i Wielką Brytanię. Maski były obowiązkowe niemal wszędzie przez cały czas w Belgii, a w sąsiedniej Holandii do grudnia wyłącznie w transporcie publicznym i na trzech najbardziej tłocznych ulicach handlowych kraju. Poza tym przez większą część roku niderlandzki rząd podkreślał, że noszenie masek nie jest konieczne ani nawet wskazane. We Francji w pewnym momencie maski były zakazane, a potem obowiązkowe, jedno i drugie pod karą grzywny. I tak było ze wszystkim. Każdy rząd twierdził, że aplikowane środki są obiektywne, naukowe i stricte sanitarne.

Skoro już każdy robił co innego, albo w innym momencie, można było przynajmniej skoordynować sposoby pomiaru epidemii, żeby porównywać rezultaty. W tej materii panuje jednak taki sam chaos – każdy kraj testuje i liczy co innego i inaczej, żeby nie można było łatwo porównać, co działa, a co nie. Porównujemy jabłka do pomarańczy i każdy rząd wyciąga takie wnioski, jakie mu są akurat na rękę.

Ile jeszcze „kupowania czasu”?

Łatwo o tym dzisiaj zapomnieć, ale na początku roku lockdowny nie były przedstawiane jako działanie per se, a jako sposób na kupowanie czasu, by przygotować się do prawdziwego działania. Dziś każe się nam wierzyć, że lockdowny i restrykcje, a nawet godziny policyjne (!) są działaniem same w sobie, że to one same walczą z wirusem. Wszystko jedno, ile razy funkcjonariusze WHO przypomną w międzyczasie, że to jednak nieporozumienie.

Warto było ich spróbować, jako swego rodzaju zakładu z czasem, kiedy było wcześnie i można było jeszcze fantazjować o wyeliminowaniu wirusa. Dzisiaj, kiedy dotarł już nawet na Antarktydę, i odwiedził w rzeczywistości pewnie setki milionów ludzkich organizmów, jest już na to za późno. Zresztą, ten zakład zawsze był obarczony ogromnym ryzykiem: wirusy, które medycynie udało się kiedykolwiek wyeliminować, można policzyć na palcach jednej ręki. Warto było ich spróbować, kiedy jeszcze za mało wiedzieliśmy o nowym wirusie, żeby zdobyć wiedzę, jak on naprawdę działa.

Dzisiaj wiemy już o wiele więcej – nie wyłączając tego, że owszem, może powodować wyjątkowo ciężkie zapalenie płuc i powikłania, ale jest jednak znacznie mniej śmiertelny, niż sądziliśmy jeszcze rok temu. Co, jeśli dawno już przekroczyliśmy taki próg ekspansji wirusa, po którym o jego dynamice decydują już wyłącznie czynniki od nas niezależne: strefa klimatyczna, gęstość zaludnienia, nakłady na służbę zdrowia i jej długofalowa jakość, wiek społeczeństwa, itd.? A oprócz tego: czysty przypadek tak zwanych superspreader events, których nie da się na zawsze wyeliminować, chyba że już na zawsze zrezygnujemy z życia społecznego w ogóle.

Jak każdy wirus oddechowy, w tym wszystkie rodzaje grypy i przeziębienia, i ten przenosi się najlepiej, kiedy jesteśmy zamknięci w czterech źle wietrzonych ścianach. Kto się nie zaraził w barze, bo jest zamknięty, to zarazi się i tak, jak 60 proc. zakażonych według badania fińskiego, od współdomownika, bo ktoś z nas musi wychodzić z domu – do pracy, do sklepu po żywność. Dlatego wprowadzane teraz w kolejnych europejskich krajach godziny policyjne mogą równie dobrze przyspieszać rozprzestrzenianie się wirusa, zamykając nas na dłużej w czterech ścianach stanowiących najdoskonalsze środowisko dla ekspansji każdego podobnego patogenu.

Nieśmiała propozycja: stawianie pytań

Może warto więc, rok w całą tę awanturę, zacząć stawiać pytania, czy prawdziwe cele tych wszystkich kwarantann, lockdownów i „obostrzeń” są zbieżne z deklarowanymi? A może wirus jest tu już tylko pretekstem, okazją, chwytaniem, przez możnych tego świata, Boga za nogi? To wcale nie znaczy, że kwestionujemy autentyczność patogenu czy nawet jego grozę. To znaczy, że przyjmujemy jako możliwą taką interpretację bieżących wydarzeń, że właśnie prawdziwość wirusa, że właśnie jego groza (choć niewykluczone, że przesadzona), są wykorzystywane jako okazja, w zupełnie innych celach. Że władcy tego świata nie zasypiają gruszek w popiele i tylko przebierają się za naszych wybawców, wcale nie w naszym interesie.

Co, jeśli żadna z lansowanych dziś szczepionek nie będzie na dłuższą metę skuteczna? Albo odporność będzie szybko wygasać szybciej niż ta nieszczęsna operacja szczepień zostanie przeprowadzona, albo wirus będzie się bronił, szybko mutując w nowe, odporne szczepy? Jak długo będziemy siedzieć w domach? Jak długo będziemy zakazywać życia, by je „chronić”?

Tymczasem miliony dzieci z biednych rodzin nigdy już nie nadgonią dziury edukacyjnej wyrwanej w ich curriculach przez fikcję „nauki zdalnej”; miliony z nich nigdy nie wyjdą z traum spowodowanych wzrostem domowej przemocy, której z dala od codziennego oka szkoły nikt już teraz nie ma nawet szansy wykryć; miliony będą już na zawsze miały osłabioną odporność po tak długim okresie uwięzienia w czterech ścianach. Miliony ludzi długo jeszcze będą się zmagać ze stanami depresyjnymi czy lękowymi, a także innymi zdrowotnymi konsekwencjami tak długich okresów przymusowej izolacji i unieruchomienia. Miliony ludzi stracą w tych warunkach odporność i w końcu COVID-19 część z nich zabije właśnie dlatego, a innych zabije w końcu zwykła grypa. Ile wreszcie osób popełni w tych koszmarnych warunkach samobójstwa? W Wielkiej Brytanii próby samobójcze to była druga fala, która uderzyła w szpitale w czasie „pierwszego lockdownu”.

Albo, albo

To nie jest już wybór między działaniem a bezczynnością; to nie jest już wybór między ochroną zdrowia publicznego a jego nie-ochroną. To jest wybór między formami działania, których skutki uboczne też trzeba brać pod uwagę; to jest wybór między zdrowiem jednych ludzi a zdrowiem innych ludzi – i przeciąganie lockdownów czyni coraz bardziej problematycznym, jaki będzie tej wymiany bilans netto.

Nie jest to wreszcie „wybór między ratowaniem życia a ratowaniem gospodarki”, jak to niefortunnie przedstawia także ogromna część lewicy, ponieważ ten przeciągający się koszmar to zakaz całego życia społecznego a nie tylko gospodarki. Być może nawet gospodarki właśnie najmniej ze wszystkiego – w pewnym sensie zamknięto wszystko poza gospodarką, jej tylko niektóre sektory.

Żadnego zamknięcia gospodarki nie odczuwa Jeff Bezos ani Elon Musk, których fortuny biją kolejne rekordy. Nie odczuwa ich Netflix ani Zoom. Sieci supermarketów przeżywają najlepsze dni w swojej historii. Kurierzy DHL i UberEats zasuwają jak nigdy. Wielu z nas nie tyle musiało zrezygnować z „udziału w gospodarce”, co pogodzić się z tym, że swojej frustrującej, wyalienowanej pracy nie mogą już nawet oddzielić od przestrzeni swojego prywatnego życia, tylko muszą z niej wykroić jakiś kawałek na „domowe biuro”, jednocześnie akceptując, że ich „pracodawca” szybko wykorzystał sytuację, by część kosztów przerzucić po cichu na nich. Bezrobotni, którzy wskutek lockdownów pracę potracili, mają wciąż obowiązek aktywnie teraz szukać nowej, jeżeli nie chcą utracić zasiłku – jeżeli rządzący tak to zaprojektowali, to znaczy, że wcale nie chodzi tu o zamrożenie gospodarki.

Zamknięciem ma być objęte to wszystko, co nam jednak życie uprzyjemniało, gdy już odsłużyliśmy swoje w kieracie „gospodarki”, poza nim. Mamy zakaz spotykania się z ludźmi; w Wielkiej Brytanii nawet explicite seksu z kimś, z kim nie mieszkamy pod jednym dachem; zakaz uprawiania sportu (lokale są zamknięte), który przecież, jak wszyscy wiemy, tak szkodzi na odporność; zakaz uczestnictwa w kulturze, z wyjątkiem tego, co zapośredniczone przez cyfrowe platformy streamingowe, wielkich zwycięzców całej tej sytuacji.

Wszyscy byliśmy gotowi na wyrzeczenia na dwa-trzy miesiące, jak wszędzie, gdzie to się udało. Jeżeli gdzieś trwa to dłużej, znaczy, że się nie udało. W Europie coraz bardziej zapowiada się to już na całe lata.

Doktryna koronawirusa

Jak długo będziemy akceptować narrację, że to wszystko po to, żeby chronić „nieprzygotowaną na tę sytuację” służbę zdrowia? Dlaczego po roku pandemii, i po okresie względnego spokoju latem, wciąż jest tak samo „nieprzygotowana”? Nie tylko w Polsce, wszędzie w Europie? Jak długo będziemy tolerować, że jest wiecznie „nieprzygotowana”? Dlaczego nie lecą z tego powodu żadne głowy? Nie tylko w Polsce, wszędzie w Europie?

Przykład z Holandii. Tutejszy rząd jednocześnie podtrzymuje narrację o „ochronie służby zdrowia” przed czymś, na co jest „nieprzygotowana”, a z drugiej strony zapewnia, że jest w stanie wykonywać dwa razy więcej testów na koronawirusa, niż wykonuje. Skoro tak, to dlaczego nie wykonuje ich dwa razy więcej? Dlaczego nie robi tego proaktywnie, a wręcz przeciwnie, filtruje chętnych do badania? Może więcej faktycznie nie trzeba, niewykluczone – ale w takim razie, dlaczego część tych czekających na próżno sił ludzkich i zasobów materialnych nie zostanie przekierowana tam, gdzie ich brakuje, skoro głównym powodem lockdownów jest wciąż oficjalnie „nieprzygotowanie służby zdrowia”? A co, jeśli właśnie dlatego, że rząd straciłby wtedy wymówki dla mnożenia restrykcji, kiedy mu pasują? Na przykład tuż przed wyborami, jak teraz?

Last but not least: dlaczego wciąż czekamy tylko na cud szczepionek, jakby wszyscy zapomnieli o takim staroświeckim zadaniu medycyny, jak leczenie chorób?

Może więc jednak warto przypomnieć sobie Doktrynę szoku Naomi Klein i zrobić ćwiczenia z rozumnej podejrzliwości? Może komuś to się opłaca, że wirus sobie szaleje niepokonany, robi się różne rzeczy zamiast i pod pozorem, za to dzięki temu wydłuża się lista nadzwyczajnych środków „bezpieczeństwa”, którymi można do woli operować i nawet lewica domaga się tylko więcej tego samego? Z jednej strony opłaca się konsolidującym swoją dominację cyfrowym i technologicznym gigantom, a z drugiej politykom u władzy, którzy odkryli w tym sposób na zarządzanie pogłębiającym się globalnym kryzysem kapitalizmu i jego lokalnymi konsekwencjami społecznymi. Bezpieczniki liberalnej demokracji zawadzały temu już od jakiegoś czasu, niepowtarzalna okazja, żeby część z nich wymontować.

Tymczasem ogromna część lewicy postanowiła zostać wolontariuszami internetowej policji myśli, która spędza czas, stygmatyzując jako „foliarza” każdego, kto wyrazi najmniejszą choćby wątpliwość, co do logicznej spójności czy pragmatycznej sensowności wprowadzanych środków nadzwyczajnych, bądź sposobów ich wprowadzania. Chyba że po to, by domagać się „jeszcze bardziej zdecydowanych środków”, na jeszcze dłużej – dla wielu na lewicy jest to dzisiaj jedyny dozwolony kierunek krytyki „polityki pandemicznej”. U władzy są dziś niemal wszędzie nasi (lewicy) polityczni wrogowie, którym nie uwierzylibyśmy tak po prostu i na słowo w żadnej innej sprawie, a jednak postanowiliśmy dać im niemal nieograniczony kredyt zaufania – wystarczy, że powiedzą, że „walczą z pandemią”. Postulowany przez tak wielu „zakaz myślenia” w odniesieniu do celów, skuteczności i logiki obecnej „polityki pandemicznej” mimochodem wspiera umacniającą się w warunkach COVID-19 autorytarną kulturę polityczną, i to na całym świecie. To nie jest przypadek, że jedynym politykiem na świecie popularnym tak, jak kiedyś był brazylijski Lula, jest dziś Narendra Modi w Indiach.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

Izraelska prawica chce arabskich głosów – pod wielkim warunkiem

Izraelscy politycy walczą o wyborcze głosy arabskich obywateli. Opamiętanie? Bynajmniej, t…