Czy opozycyjna inteligencja zdradziła strajkujących robotników Wybrzeża, czy też zawsze miała odmienną wizję Polski niż walczący ludzie pracy? Kiedy polska klasa robotnicza po II wojnie światowej tworzyła własne rady i starała się przejąć kontrolę nad fabrykami? Kiedy „precz z komuną” wygrało z hasłem „socjalizm tak, wypaczenia nie”? Portal Strajk rozmawia z Michałem Siermińskim, autorem świeżo wydanej książki Pęknięta Solidarność. Inteligencja opozycyjna a robotnicy 1964-1981.

Jak rozumieć tytuł książki? Czy pęknięta solidarność w ogóle jeszcze jest solidarnością?

W tym tytule, który jest faktycznie grą słów, oksymoronem, zawiera się główna teza książki, a mianowicie teza, że w okresie rewolucji „Solidarności” istniała zasadnicza rozbieżność między aspiracjami i celami klasy robotniczej a tendencjami ideowymi panującymi wśród najważniejszych doradców czy ekspertów niezależnego Związku. Szczególnie interesowały mnie postawy byłych radykalnych rewizjonistów, którzy po wrześniu 1976 roku współtworzyli KOR – ludzi takich jak Jacek Kuroń czy młodsi od niego Adam Michnik lub Jan Lityński.

W latach 1980-1981 r. następuje spotkanie robotników i opozycyjnej inteligencji – z tym zastrzeżeniem, że wcześniej nie były to grupy całkowicie od siebie oddzielone. Na jego temat powstał szczególny mit, który zresztą nieźle się trzyma aż do dzisiaj. Większość badaczy wciąż utrzymuje, że w okresie rewolucji „Solidarności” w pewnym sensie zmaterializowały się słowa Zygmunta Krasińskiego: „Jeden tylko, jeden cud: z szlachtą polską – polski lud”. Ja tymczasem jestem przekonany, że musimy wyjść poza paradygmat narodowego solidaryzmu i dlatego najbardziej interesują mnie napięcia między klasą robotniczą i głównym nurtem związkowej inteligencji.

Michał Siermiński

Zostawmy zatem mity i porozmawiajmy o faktach, które dziś są albo celowo marginalizowane, albo zupełnie przemilczane. Czego dominująca historiografia nie mówi o polskich robotnikach w 1980 r., ale i wcześniej?

Pierwszy paradoks: prawdziwa rewolucja przemysłowa na ziemiach polskich odbyła się dopiero po obaleniu kapitalizmu, po 1945 roku. Przedwojenny kapitalizm był kapitalizmem zależnym, a to oznaczało, że i klasa robotnicza była mniej liczebna. Po wojnie następuje niezwykle intensywna industrializacja. Tylko w latach 1950-1956 liczba robotników przemysłowych zwiększa się o około 70 proc. Między 1938 i 1958 rokiem stosunek liczby robotników przemysłowych do liczby wszystkich aktywnych zawodowo obywateli wzrósł ponad czterokrotnie. Sprzyjało to powstaniu i utrwaleniu się mocnej robotniczej samoidentyfikacji, myślenia w kategoriach zbiorowości. Oczywiście te czynniki wzmacniała oficjalna ideologia, zgodnie z którą PRL była państwem robotniczym, realizującym interes klasy robotniczej – siły przewodniej narodu. Ale już lata 1944 i 1945 to czas spontanicznego tworzenia rad zakładowych, działających podobnie jak niegdyś komitety fabryczne w rewolucyjnej Rosji, przejmowania kontroli nad fabrykami, zalążki ruchu na rzecz robotniczej samorządności. To się skończyło jeszcze w 1945 roku – prym w kampanii przeciwko radom wiódł ówczesny przewodniczący Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i minister przemysłu Hilary Minc.

Potem rok 1956: to nie tylko pierwsze strajki masowe i demonstracje uliczne, które obejmują pracowników różnych zakładów (wydarzenia poznańskie Czerwca ’56), ale też rady robotnicze. Prawie się o nich nie pisze, a w tym okresie aktywnie działały w ponad 3300 przedsiębiorstw! Niektórzy partyjni decydenci na początku patrzyli na nie z pewną przychylnością. Duch zmian szybko się jednak wyczerpał: już w 1958 r. rady właściwie pozbawiono podmiotowości, wcielając je w tzw. Konferencje Samorządu Robotniczego. W tej formie z czasem zupełnie się skompromitowały. I Grudzień ’70, dla mnie moment kluczowy. Wybrzeże stało się wówczas areną, na której jeszcze wyraźniej niż we wcześniejszych okresach zamanifestowało się coś, co w książce nazywam autonomią robotniczą – robotnicy wystąpili jako samoświadomy, działający samodzielnie podmiot.

Dlaczego właśnie tam doszło wówczas do protestów?

Gdańsk i Szczecin były potężnymi skupiskami klasy robotniczej. Mało kto już zdaje sobie sprawę z tego, jak wyglądała Stocznia Gdańska: to było kilkunastotysięczne, niemal autarkiczne, proletariackie „miasto w mieście” – z własną siecią ulic, wieloma sklepami i punktami usługowymi, ogromną bazą gastronomiczną, a nawet specjalną zakładową halą widowiskową, kinem i szpitalem. Potężna, zżyta społeczność pracująca we względnie nowoczesnym przemyśle, składająca się przede wszystkim z młodych, nieżonatych mężczyzn. W końcu 1969 roku niemal połowa pracowników szczecińskiego „Warskiego” jeszcze nie weszła w związek małżeński, dalsze 14 proc. było już w takich związkach, ale nie posiadało dzieci.

Miasta na Wybrzeżu to ośrodki, w których polska klasa robotnicza tworzyła się po wojnie od początku. Bardzo duża część tamtejszych robotników to ludzie z awansu, wychowani w całości w PRL, z rozbudzonymi aspiracjami, którzy konfrontowali te aspiracje z rzeczywistością. Z jednej strony borykali się z trudnymi warunkami pracy i życia, szczególnie doskwierał im niedobór mieszkań (w 1972 roku 36 proc. pracowników Stoczni im. Lenina uważało problem mieszkaniowy za swoją główną życiową bolączkę, niemal połowa stoczniowców nie mieszkała wówczas we własnym mieszkaniu), z drugiej zaś – zarabiali naprawdę nieźle, zwłaszcza jeśli porównać ich pensje z tymi, na jakie mogli liczyć np. robotnicy z Radomia.

Jest jeszcze jeden czynnik, który wyróżnia Wybrzeże na tle reszty kraju – relatywnie niewielka liczba chłoporobotników, z oczywistych względów trudnych do zmobilizowania do walki strajkowej. W innych regionach Polski, zwłaszcza na południu, stanowili oni istotną, a niekiedy bardzo istotną, część załóg. Do tego Wybrzeże, za sprawą marynarzy, było obszarem szczególnie intensywnych kontaktów z zagranicą. W filmie Antoniego Krauzego pt. Czarny czwartek, poświęconym wydarzeniom roku 1970, jest to doskonale pokazane: w domu robotnika, który potem ginie w masakrze w Gdyni, regularnie zatrzymuje się lokator-marynarz, przywozi z rejsów prezenty dla domowników, ale także swoje obserwacje i doświadczenia.

Mój znajomy, który na początku lat 80. uczęszczał w Gdańsku do technikum, opowiadał mi o swoich kolegach, którzy później zostawali robotnikami. To byli niesamowicie inteligentni ludzie, kształceni w duchu narracji o wiodącej roli klasy robotniczej, świetnie znający historię jej dawnych zrywów, ruchów strajkowych. Tego zresztą uczono wtedy w szkole, o czym dziś już mało kto pamięta!

Zryw roku 1970 stanowiłby zatem, w świetle Pana badań, kontynuację tamtych tradycji?

Manifestacja robotnicza w grudniu 1970 r. – inscenizacja. Fot. z planu filmu „Czarny czwartek”/ fot. Wikimedia Commons

Można powiedzieć, że ich ożywienie. Przedwojenni robotnicy, którzy przeżyli wojnę i po niej dalej byli robotnikami, rozpłynęli się w wielkiej masie. Transmisja doświadczeń polskiej klasy robotniczej została w dużym stopniu przerwana. Ale w 1970 r. robotnicy znów zaczęli stosować taką strategię walki, jak strajk okupacyjny – przed wojną niezwykle częstą i skuteczną formę protestu. Niekiedy wynikało to z konkretnych okoliczności: w Gdańsku czy w Szczecinie zdarzało się tak, że robotnicy byli wpuszczani na teren zakładu, a następnie wojsko lub milicja uniemożliwiało im jego opuszczenie (władza starała się w ten sposób nie dopuścić do grupowych wystąpień na ulicach). Wtedy postanawiano: zaczynamy strajk okupacyjny! Zdarzało się też tak, że robotnicy tworzyli komitety strajkowe, bo sami partyjni biurokraci to sugerowali. W ten sposób chcieli jakoś zapanować nad tłumem, który gromadził się na ulicy, krzyczał, skandował swoje postulaty. To wszystko były efekty bieżącej walki.

W Grudniu ’70 na Wybrzeżu pojawiło się również wezwanie do tworzenia wolnych związków zawodowych. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale postulat ten pojawiał się tam częściej w 1970 niż w 1980 roku! I jeszcze jeden element, który odegra potężną rolę podczas rewolucji z lat 1980-1981, a pojawia się już w Grudniu ’70: międzyzakładowe komitety strajkowe. Ten szczeciński, nazwany Ogólnomiejskim Komitetem Strajkowym, był na tyle potężny, że doprowadził do sytuacji dwuwładzy.

Jak to wyglądało?

Partyjni biurokraci ze Szczecina w 1970 r. przyznawali: nie panujemy już nad miastem. To jest republika szczecińska, zarządzana przez klasę robotniczą. To od samych robotników zależało, które zakłady pracują. To oni decydowali o funkcjonowaniu służb miejskich, energetyki, wodociągów, gazowni, sieci handlowej, komunikacji. To oni udzielali zgody na druk gazet (redakcja „Kuriera Szczecińskiego” podziękowała im za to na pierwszej stronie). W ciągu kilku dni stworzono zalążek władzy robotniczej. Bez zrozumienia tych doświadczeń nie pojmiemy, czym naprawdę była „Solidarność”. W jednym i drugim zrywie często brali przecież udział ci sami ludzie, pracujący w tych samych zakładach, stosujący te same metody walki.

Protesty w 1970 r. zostały jednak krwawo spacyfikowane. W jaki sposób to wpłynęło na robotników i ich świadomość?

Nie wolno zapominać, że na pacyfikacji grudniowych strajków tamte wydarzenia się nie skończyły. Ich finałem tak naprawdę jest wizyta Gierka na Wybrzeżu, w Szczecinie i w Gdańsku, w 1971 r., słynne „Pomożecie?”. Robotnicza samoorganizacja zaczęła ożywać już od pierwszych dni stycznia. Eugeniusz Ołubek, nowy I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie, spreparował w „Warskim” na wydziale rurowni wiec poparcia dla ekipy Gierka. Robotnicy bardzo stanowczo zaprotestowali, gdy na pierwszej stronie „Głosu Szczecińskiego” zamieszczono artykuł, w którym przekonywano, że załoga rurowni popiera nowe władze partii i przyjmuje zobowiązania do ponadplanowej produkcji (później taka informacja pojawiła się także w „Trybunie Ludu”). Ludzie chcieli sami o sobie decydować. Natomiast faktem jest, że protesty ze stycznia 1971 r., były już znacznie mniej radykalne niż te grudniowe.

fot. Europejskie Centrum Solidarności-Wikimedia Commons

W 1980 r. robotnicy jasno identyfikowali się ze swoją klasą, ale nie oznaczało to – oczywiście – myślenia w kategoriach marksistowskich. Strajkujący ze Stoczni Gdańskiej nie uważali się za rewolucjonistów. Bardzo znana jest anegdota przytaczana przez Ryszarda Kapuścińskiego o tym, jak dwóch hiszpańskich trockistów, którzy przyjechali do stoczni zobaczyć prawdziwą rewolucję robotniczą, usłyszało od członka Prezydium MKS: Panowie się pomylili. Nie robimy tu żadnej rewolucji. Załatwiamy nasze sprawy. Jestem gotów w tę historię uwierzyć, wydaje mi się, że tak myślała zdecydowana większość strajkujących. Własne sprawy robotników miały też załatwiać niezależne związki zawodowe, którego to postulatu strajkujący stanowczo się trzymali, chociaż związków – zwłaszcza jednego, potężnego, ogólnopolskiego – nie wyobrażała sobie ani władza, ani Kościół, ani opozycyjna inteligencja.

Jednak w PRL załatwianie „własnych spraw”, nawet jeśli chodziło o kwestie czysto ekonomiczne, momentalnie nabierało wymiaru politycznego. W taki sposób było zbudowane tamto państwo. Nie odkrywam tu Ameryki – pisało o tym wiele przytomnych osób.

Dlatego strajk w Stoczni Gdańskiej błyskawicznie stał się sprawą polityczną, niezależnie od tego, czy jego uczestnicy w pełni zdawali sobie z tego – i z konsekwencji – sprawę.

Doszło do konfliktu, którego w moim przekonaniu nie dało się po prostu kompromisowo i trwale rozwiązać. Były dwie drogi: albo postawienie na porządku dziennym sprawy realnej władzy robotników, albo stłumienie całego ruchu.

Od końca 1980 r. sprawa samorządności robotniczej artykułowana była coraz wyraźniej. W lipcu 1981 r. staje się już absolutnie kluczowa. Taka była dynamika tego ruchu – wystarczy przeczytać stenogramy z I Zjazdu delegatów „Solidarności”, przyjęte wówczas uchwały i program. Autentycznego samorządu robotniczego – władzy w zakładach, a w perspektywie władzy nad całą gospodarką – nie dało się pogodzić z interesami biurokracji.

Jak miałoby funkcjonować samorządne państwo robotnicze? Czy podjęto próbę nakreślenia jego bardziej szczegółowej wizji?

Pewną formą programu był już List otwarty do partii z 1965 roku. Były też w latach 1980-1981 radykalne środowiska samorządowe, które podejmowały się stworzenia programu dla ruchu, stawiały kwestię objęcia władzy zarówno ekonomicznej, jak i politycznej przez robotników, budowy społeczeństwa samorządnego i socjalistycznego. W kręgu tzw. Grupy Lubelskiej, bardzo radykalnego środowiska samorządowego, powstała broszura O taktyce strajku czynnego autorstwa Zbigniewa Marcina Kowalewskiego, zresztą autora doskonałego posłowia do Pękniętej Solidarności. W broszurze tej postulowano między innymi, by strajkujący, okupując zakład, dążyli do tego, by uruchomić produkcję i dystrybucję wyprodukowanych dóbr pod kontrolą komitetu strajkowego, a następnie zdobyli poparcie również innych fabryk, które zrobią to samo. Takie komitety strajkowe przekazywałyby następnie władzę w zakładach radom pracowniczym. Robotnicy szybko przekonaliby się, że mogą sami zarządzać swoimi zakładami, i robić to znacznie lepiej niż dyrektorzy wybierani w ramach systemu nomenklatury. Takie doświadczenia samorządowe – wprawdzie krótkotrwałe – przecież w historii, także polskiej, były. Takie środowiska jak Grupa Lubelska były w „Solidarności”, nie miały jednak tak gęstej sieci współpracowników, jak np. KOR, który swoje komórki zaczął budować dużo wcześniej, już w 1976 roku.

Z jakimi oczekiwaniami w ten ruch rewolucyjny weszła opozycyjna inteligencja?

W książce skupiam się na środowisku, które wywodzi się z bardzo radykalnych kręgów lewicowych lat 60. – skupionych wokół Kuronia i Modzelewskiego – ale od marksistowskiego myślenia odchodzi. Z zachowaniem wszelkich proporcji przyjąć tu można jako cezurę rok 1968: to po nim w tym środowisku zanika myślenie w kategoriach klasowych; internacjonalizm, bardzo silny w Liście otwartym, zastępuje stawianie tzw. kwestii narodowej i problemu niezależności Polski. Ci ludzie zaczynają być bardzo skupieni na kulturze, na tym, co zostanie potem nazwane kulturą niezależną. Powstają słynne emigracyjne eseje Leszka Kołakowskiego, wywierające ogromny wpływ na dysydentów pozostających w kraju. Chociaż rok 1970 to wielkie zaostrzenie walk klasowych, na początku lat 70. inteligenci tworzą już zupełnie nowy model działalności opozycyjnej. Początkowo właściwie w ogóle nie uwzględniają robotników. Takie wrażenie wywarł na nich Marzec 1968, który w ich przekonaniu był samotnym buntem młodej inteligencji, studentów, zderzonym z obojętnością czy wręcz wrogością społeczeństwa, a klasy robotniczej w szczególności. W świadomość inteligencji utrwaliło się przekonanie, że robotnicy, na których wcześniej liczyli dysydenci, nie tylko nie poparli protestów, ale też dali się kupić czarnosecinnej, antysemickiej propagandzie. Rzeczywistość była bardziej złożona, co opisał dopiero wiele lat później Jerzy Eisler i co ja również opisuję w książce. Jednak ta złożoność nie zapisała się w świadomości inteligentów. Ich bunt został pacyfikowany niezwykle brutalnie: po Marcu ’68 młodzi ludzie trafiali do więzień, na wyczerpujące przesłuchania, do których nie byli jakkolwiek przygotowani, lądowali do cel z prawdziwymi kryminalistami. To było doświadczenie o ogromnej sile rażenia.

W latach 70. inteligencka opozycja zaczyna myśleć w sposób, który jeszcze nie tak dawno byłby dla Kuronia i Modzelewskiego nie do wyobrażenia. Pojawia się kategoria totalitaryzmu, wprowadzona przez Kołakowskiego, i robi wielką karierę. Kluczowy staje się postulat demokracji parlamentarnej. W obieg wchodzi pojęcie społeczeństwa obywatelskiego. Z tymi koncepcjami inteligencja wkracza w rewolucję „Solidarności”, w ruch, który ma charakter spektakularnego wystąpienia robotniczego.

fot. Europejskie Centrum Solidarności – Wikimedia Commons

O rozziewie między inteligencją a robotnikami z początku lat 70. niezwykle celnie pisał Jerzy Giedroyć: człowiek, który nigdy nie był lewicowy, zdołał dostrzec w wystąpieniach grudniowych na Wybrzeżu rewolucję proletariacką. Widział gigantyczny problem w tym, że narasta sytuacja rewolucyjna, a inteligenci zajmują się sami sobą, np. mówią o pielęgnowaniu postawy odpowiedzialności za społeczeństwo, odgrzewają stare spory między realistami a insurekcjonistami itp.

Jak więc opozycjoniści reagowali na to, że robotnicy, którzy jak najbardziej mają zbiorową tożsamość klasową, domagają się samorządowego państwa socjalistycznego?

Bardzo zachowawczo, ostrożnie. Dotyczy to zarówno inteligencji skupionej wokół KOR-u, jak i grup katolickich. Rola inteligencji w rewolucji „Solidarności” lat 1980-1981 naprawdę jest jednak ograniczona. Koncepcje inteligentów, nawet jeśli uzyskali oni status doradców Związku, zderzały się z innymi aspiracjami i dążeniami. Nie były traktowane w wyjątkowy sposób, a rola samych doradców i ich realne możliwości były zawężone. Takie postacie jak Mazowiecki czy Geremek miały w określonych sytuacjach spore znaczenie, bo byli to ludzie z bliskiego otoczenia Wałęsy – zresztą wielu działaczy związkowych zarzucała im skłonności do manipulowania, do wykorzystywania tego, że sam Wałęsa był podatny na wpływy. To zupełnie inna sytuacja niż podczas Okrągłego Stołu, niż w 1989 r. Przypisywanie inteligencji szczególnej roli podczas rewolucji „Solidarności” jest mitem, o czym szczegółowo piszę w książce.

Uważa Pan, że jest to mit tworzony świadomie już po fakcie przez samych inteligentów? Rzutowanie ich znaczenia z roku 1989 na rok 1980 ma potwierdzić ich historyczną rolę, nadać jej szczególny sens?

Sądzę, że do pewnego stopnia tak jest. W zakończeniu książki dowodzę, że współczesna historiografia, a w ślad za nią sposoby myślenia o ostatnich dwóch dekadach PRL-u, sięga korzeniami do dyskursów dysydenckich, tego, jak inteligencja postrzegała samą siebie.

W 1989 r. do Polski przybył Jeffrey Sachs, znany wszystkim jako autor wstępnej koncepcji terapii szokowej. „Triumwiratem Solidarności” nazywał wówczas Michnika, Kuronia i Geremka – to byli dla niego ludzie uosabiający cały ruch, i rzeczywiście byli oni traktowani niemal powszechnie jako jego emanacja. Ale w latach 1980-1981 było zupełnie inaczej! Jesienią 1981 roku na I Krajowym Zjeździe Delegatów „Solidarności” – myślę, że jednym z najbardziej demokratycznych wydarzeń w historii polskiej państwowości – Jacek Kuroń musiał prosić o specjalne uchwały, by móc zabrać głos. Nie mógł być delegatem Związku, bo nie był nigdzie zatrudniony. Owszem, środowisko Kuronia odegrało ważną rolę w latach 1980-1981, choćby przy wsparciu letnich strajków w 1980 r. W mieszkaniu Kuronia powstała wówczas swoista centrala telefoniczna, stamtąd przekazywano do Radia Wolna Europa, kto strajkuje i jakie są postulaty. W ten sposób fala strajkowa mogła dalej rozlewać się po Polsce. Ale to była rola pomocnicza, nie przywódcza. Nie inteligenci decydowali o obliczu rewolucji i, jak udowadniam w książce, oni to w pewnym sensie dobrze rozumieli. Śmieszy mnie, gdy słyszę, że Kuroń był „przywódcą” rewolucji „Solidarności”. To naprawdę jest absurd.

Co więc przesądziło o tym, że pod koniec lat 80. głównymi ośrodkami, w których decydowano o kierunku zmian, nie były już Stocznia im. Lenina, Huta Katowice czy inne wielkie zakłady przemysłowe?

Właśnie zaczynam to badać. W tej chwili przedstawię jedynie pewne hipotezy.

Definitywnym końcem rewolucji „Solidarności” jest stan wojenny. Rewolucja w wymiarze masowym, przybierająca najbardziej klasyczne formy znane z historii ruchu robotniczego, ulegająca radykalizacji – została przerwana w sposób niezwykle brutalny. Stan wojenny to militaryzacja zakładów pracy, to obsadzenie w nich ludzi z wojska i tajnych służb. To czołgi na ulicach, rozbijanie bram zakładów pracy, przerwane połączenia, groźba sądu wojskowego za przystąpienie do strajku, pacyfikacje zakładów, które nadal protestowały. Wszyscy słyszeli o tragedii w katowickiej kopalni „Wujek”, mało kto wie natomiast, że w akcji jej pacyfikacji udział brało kilkadziesiąt czołgów i bojowych wozów piechoty. Robotnicy protestujący w innych miejscach zapamiętali zomowców, którzy podczas pacyfikacji wydawali z siebie przerażające dźwięki – jakby byli pod wpływem środków pobudzających, czy puszczanie z megafonów odgłosów strzałów z ostrej amunicji. We Wrocławiu w jednym z zakładów robotnikom dosłownie przystawiano broń do głowy. Ruch masowy został stłamszony. Nie mógł już, jak do tej pory, koncentrować się w zakładach pracy. Lokale związkowe zostały zdemolowane. Późniejsze manifestacje będą odbywały się na ulicach, nie w zakładach. Oczywiście będą w nich brali udział robotnicy, ale siłą rzeczy charakter tych manifestacji będzie już zupełnie inny.

To wtedy wygrywa hasło „Precz z komuną”?

W stanie wojennym i później słowo „socjalizm” nie ma wprawdzie jeszcze takiego wydźwięku, jak w latach 90., kiedy będzie znaczyło właściwie tyle, co totalitaryzm, ale „precz z komuną” staje się faktycznie hasłem bardzo rozpowszechnionym. Zresztą także mówienie o totalitaryzmie, co inteligencja robiła od dawna, przestaje być tylko jej domeną. Znamy z historii doświadczenia, w których po stłumieniu rewolucji następuje degeneracja jej celów i aspiracji. Na światło dzienne wychodzą elementy, które wcześniej były marginalne, np. wątki nacjonalistyczne czy antysemickie. Takie nastroje pojawiają się już w 1981 roku i piszę o tym w książce uczciwie, ale dopóki rewolucja nie zostaje pobita – nie wychodzą na pierwszy plan.

Nie zapominajmy również o kontekście międzynarodowym. To jest czas triumfującego neoliberalizmu, Margaret Thatcher, reaganomiki. David Ost opowiedział mi kiedyś o rozmowie, jaką odbył w latach 80. z Tadeuszem Kowalikiem. Ten przekonywał go, że Polska nie musi iść drogą radykalnie wolnorynkową, bo można np. inspirować się modelem szwedzkim. Ost odpowiedział: Tadeusz, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, że nawet Szwecja przestaje być Szwecją. Miał rację.

Te trendy docierają do Polski. Radykalnych liberałów drukuje się w prasie podziemnej, środowiska sympatyzujące z takimi nurtami powstają na obrzeżach zdelegalizowanej „Solidarności”. Wspomnę choćby o środowisku liberałów gdańskich, którzy odegrają potem znaczną rolę w historii Polski. Również w Krakowie wokół Mirosława Dzielskiego powstaje bardzo liberalne środowisko. To samo dzieje się w partii, gdzie są ludzie, jak np. Józef Kaleta, ekonomista z Wrocławia, który później brał udział w obradach Okrągłego Stołu po stronie rządowej. Po 13 grudnia miał on pretensje do Jaruzelskiego, że nie wykorzystał stanu wojennego, by energicznie wdrożyć neoliberalne rozwiązania. To są efekty stłumienia ruchu rewolucyjnego.

Zamiast robotniczej samorządności w ostatecznym rozrachunku polscy robotnicy dostają terapię szokową.

Chciałbym jednak w tym miejscu odżegnać się od narracji „zdrady okrągłostołowej”. Zdaniem niektórych prawicowych historyków część opozycyjnych elit, skupiona wokół Wałęsy, ale kierowana przez ludzi takich jak Kuroń, Michnik, Mazowiecki, Geremek, wystąpiła jako samozwańczy reprezentanci „Solidarności”, by ponad głowami narodu porozumieć się z „komunistami” i ustanowić PRL-bis. Najgłośniejszym reprezentantem tego nurtu polskiej historiografii jest chyba Sławomir Cenckiewicz, niestety wspierany przez takich kombatantów opozycyjnej walki jak Krzysztof Wyszkowski czy Andrzej Gwiazda. Moim zdaniem w tej teorii jest więcej resentymentu niż poważnej argumentacji.

Ale jest też lewicowa wersja tej opowieści, sytuująca się gdzieś pomiędzy liberalną hagiografią transformacji a prawicowym paszkwilem; ona też do mnie nie przemawia. Jej rzecznikiem jest na przykład David Ost, człowiek którego książki bardzo cenię, ale w tej akurat kwestii się z nim nie zgadzam. W głośnej „Klęsce Solidarności” przekonywał on, iż w drugiej połowie lat osiemdziesiątych wywodzący się z „Solidarności” przedstawiciele opozycyjnych elit politycznych zachłysnęli się dominującą na Zachodzie ideologią neoliberalizmu. W rezultacie – jak przystało na gorliwych neofitów – u progu lat dziewięćdziesiątych obrali radykalnie wolnorynkowy kurs przemian ustrojowych, cynicznie rozpinając nad swoimi działaniami solidarnościowy „parasol ochronny”. Robotnicy, wcześniej wynoszeni pod niebiosa i traktowani jako bohaterowie rewolucji z lat 1980-1981, teraz zamienili się w kłopotliwy balast. Wkrótce mieli też okazać się głównymi ofiarami polskiej transformacji. Oczywiście Ost ma dużo racji, jednak sugerowanie, iż doszło do zdradzenia robotników przez opozycyjną inteligencję, a tak właśnie odczytuję jego książkę, w moim przekonaniu niesie więcej emocji niż wyjaśnień.

Charakter polskich przemian ustrojowych może się jawić jako „zdrada” czy wręcz antyrobotnicze „zaprzaństwo”, tylko komuś, kto wierzy w autentyczne i głębokie zbratanie opozycyjnej inteligencji i klasy robotniczej w okresie tzw. pierwszej „Solidarności”. Ja tymczasem w książce starałem się pokazać, że szeroko rozpowszechnioną narrację o doskonałym inteligencko-robotniczym sojuszu, który rzekomo wykształcił się wraz z powstaniem Komitetu Obrony Robotników, a następnie doprowadził do narodzin „Solidarności”, powinno się włożyć między bajki zawierające inne narodowe mity. W toku rewolucji z lat 1980-1981 cele i aspiracje opozycji demokratycznej – ludzi takich jak Kuroń czy Michnik – zdecydowanie nie pokrywały się z celami i aspiracjami coraz bardziej radykalizującej się klasy robotniczej. Lewicowi opozycjoniści – już jak najdalsi od dawnego marksistowskiego rewizjonizmu – nie wyznawali socjalistycznych wartości proletariackiej bazy „Solidarności” i nie podzielali jej samorządowych celów.

Jednak bezkrytyczne przyjęcie ideologii neoliberalnej przez opozycyjnych intelektualistów to już fakt.

Oczywiście. Jak najbardziej można się ich bezgranicznej naiwności w tej sprawie dziwić – i ja się dziwię! – ale stosowanie kategorii zdrady uważam za zbędne emocje. Już w 1980 r. inteligenci, byli marksiści, nie utożsamiali się z robotniczym marzeniem o samorządności. Będziemy bliżej prawdy o tamtych czasach, jeśli uznamy, że czym innym był zryw robotniczy z 1980 r., a czym innym – wydarzenia z końca tej dekady. Nawet strajki z r. 1988 mają inny charakter. Ludzie, którzy w nich uczestniczyli, w 1980 r. często byli jeszcze uczniami szkół średnich.

Odżegnuje się Pan od narracji o zdradzie, a czy możemy mówić o straconej szansie? Czy w latach 80. Polska miała prawdziwą szansę na demokratyczny, samorządowy socjalizm?

Jestem skłonny stwierdzić, że tak.

Już po ukończeniu pracy nad książką sięgnąłem po znakomitą pracę Grzegorza Krzywca pt. „Polska bez Żydów”, wydaną w 2017 r. Dobitnie pokazuje ona, że w Polsce, wbrew choćby oczekiwaniom Lenina, który był przekonany, że w narodach uciskanych rozwija się zawsze nacjonalizm „postępowy”, o emancypacyjnym charakterze, już przed 1918 rokiem pojawił się nacjonalizm najbardziej reakcyjnego, wykluczającego typu. Następnie taki dyskurs narodowy absolutnie zdominował polską debatę i myśl polityczną, stał się głównym punktem odniesienia. Mówię o tym, bo lata 1980-1981 były jednym z tych rzadkich momentów, gdy wydawało się, że chodzi nie tylko o to, o co zawsze chodzi. Owszem, w głowach części uczestników tamtego ruchu nacjonalizm był silnie zakorzeniony. Ale na pewno nie on nadawał ruchowi ton. To była jednak rewolucja, w której siłą przewodnią bardzo wyraźnie była klasa robotnicza. Zachodnia lewica była tym zafascynowana: na jej oczach robotnicy wracali na scenę dziejów.

Nie mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, co by się wydarzyło, gdyby nie działania wojska – bo to wojsko, nawet nie partia, ostatecznie położyło rewolucji kres. Jednak przez szesnaście miesięcy dynamika rewolucji miała postępowy kierunek, a wątki najbardziej niechlubne były marginalizowane – jestem skory bardzo długo bronić tej tezy. Również dlatego określenie „stracona szansa” uważam za bardzo trafne.

Michał Siermiński jest filozofem i matematykiem związanym z Instytutem Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem historii polskiej opozycji politycznej po roku 1956 oraz ruchu „Solidarność” z lat 1980-1981. Wydana w 2020 r. Pęknięta solidarność stanowi dalszy ciąg jego dociekań, zapoczątkowanych pracą „Dekada przełomu. Polska lewica opozycyjna 1968 – 1980”.

Rozmawiała Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

patronite
Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz także

„6 dla uczniów”, czyli jak Czerwona Młodzież naprawi polską szkołę

Polska szkoła od dawna boryka się z wieloma problemami, a lista jest tak długa, że nawet n…