4 sierpnia administracja Facebooka bez podania racji zlikwidowała stronę Socjalizm Teraz w swoim serwisie. Socjalizm Teraz podzielił tym samym los wielu socjalistycznych i antykapitalistycznych stron usuniętych przez Facebooka.

W tym roku usuwane były już nawet strony należące do legalnie zarejestrowanych i istniejących socjalistycznych partii: Socialist Equality Party z USA i Socialist Workers Party z Wielkiej Brytanii. Facebook usunął także konto marksistowskiego festiwalu („Marxism festiwal”) i wiele innych lewicowych stron.

Zamknięcie naszej facebookowej strony przez administrację portalu nie jest więc czymś szczególnie niespodziewanym – Socjalizm Teraz był socjalistyczną stroną numer jeden na polskim Facebooku. Działaliśmy ponad dziewięć lat i mimo kłód rzucanych nam pod nogi przez Facebooka udawało nam się osiągać wielotysięczne zasięgi i trafiać do ogromnej rzeszy czytelników. Ostatnim krokiem Facebooka przed ostatecznym zamknięciem naszej strony było całkowite odebranie nam możliwości reklamowania naszych treści, choć taką możliwość mają praktycznie wszystkie facebookowe strony, z Konfederacją, skrajną prawicą i dziesiątkami faszyzujących stron włącznie. Mówimy tu więc o działaniu planowym i konsekwentnym.

Polityczna linia tego medium społecznościowego jest więc dość klarowna. Wszelkie antykapitalistyczne i socjalistyczne treści mogą zostać poddane odgórnej cenzurze, w każdej chwili każdy socjalista uznany może zostać za niebezpiecznego „ekstremistę”. Facebook działa tu więc w pełnej zgodzie z PiS-em  i żądnym wymazania marksizmu i wszelkiego „lewactwa” Przemysławem Czarnkiem. Prawica liberalna i prawica konserwatywna są zgodne i mają wspólny cel – usunięcie socjalistycznych platform i kryminalizacja socjalizmu.

Atak na socjalistyczne, antysystemowe treści ze strony megakorporacji dowodzonej przez miliardera, żerującej na społecznej nieświadomości i celebrującej konsumpcjonizm we wszystkich jego odmianach nie zaskakuje. Szokująca jest natomiast łatwość z jaką planetarną władzę nad umysłami oddano w ręce grupki właścicieli a dokładnie skrajnie uprzywilejowanych posiadaczy. Państwa, demokracje polityczne, partie, a nawet zwyczajni obywatele wydają się być całkowicie nieświadomi tego, że realną władzę sprawują nad nimi korporacje pozbawione praktycznie jakiejkolwiek demokratycznej kontroli. Ta sytuacja stała się nową normą a święte prawo własności tym razem sankcjonuje aprobatę dla istnienia nowej złowrogiej społecznej kliki – kliki władców umysłów.

Życie w kapitalistycznym symulakrum ma swoje wady. Jedną z nich jest bez wątpienia to, że tyrania pieniędzy automatycznie zamienia się w tyranię określonej przez kapitał cenzury. Posiadający decydują o tym, co jest produkowane, co jest wyświetlane, co jest reklamowane, co pojawia się przed naszymi oczami. Przeciętnego pracownika nie stać nawet na jeden billboard, a tym bardziej nie ma on żadnego wpływu na treści reklamowe czy korporacyjne algorytmy decydujące o tym, co jest słuszne, co zasługuje na najwięcej wyświetleń i co przynależy do świata kapitalistycznej normalności. Cenzura – czy tego chcą czy nie – dotknie więc wszystkich nieposiadających, ale sięgnie też dalej, bo określi ramy naszego myślenia i naszą moralność, postrzeganie i wartościowanie.

Polityczna, wymierzona bezpośrednio cenzura to ostatni krok tego procesu. To w pewnym sensie jednak błąd całego tego „matriksa”, ponieważ większość stosowanej przez niego przemocy ma charakter miękki, przeźroczysty i niewidzialny. Ot przykładowo po prostu  n i e  s t a ć  cię na opłacenie operacji dla dziecka a także na zareklamowanie zbiórki na leki ratujące mu życie na Facebooku… Czasami system nie radzi sobie jednak tak dobrze i dochodzi do eksplozji przemocy widzialnej: do usunięcia kanału, usunięcia strony, odebrania wyświetleń i siłowego wykluczenia ze wspólnoty. Najczęściej oznacza to jednocześnie, że stałeś się zagrożeniem, którego system nie potrafi zneutralizować w tradycyjny sposób.

Szczególnie w przypadku mniejszych krajów tego rodzaju cenzura może mieć skrajne wręcz konsekwencje. W Stanach Zjednoczonych prezydent i kongresmeni mogą wezwać Marka Zuckerberga na posiedzenie senackiej komisji i zmusić do udzielenia wyjaśnień. A w Polsce??? Usunięcie dowolnej strony jest potencjalnie zupełnie bezkarne, tym samym buduje i umacnia imperialistyczną cenzurę. Im mniejsze i słabsze państwo, tym bardziej bezalternatywnie będzie musiało pogodzić się z facebookową „normalnością” i cenzurą. Działa to także w taki sposób, że polityka (lub i sama ideologia) wielkich mocarstw może skrywać się za „suwerennymi” decyzjami pojedynczych korporacyjnych właścicieli.

W tej sytuacji społecznym planem minimum powinno być zmuszenie korporacji medialnych do przestrzegania wolności słowa w poszczególnych państwach. Niedopuszczalna jest sytuacja, kiedy lewicowe medium czy organizacja legalnie funkcjonują w jakimś kraju, lecz jednocześnie amerykański Facebook cenzuruje je na swojej platformie i co najważniejsze – cenzuruje tym samym wolność użytkowników kraju, w którym to medium funkcjonuje. To my jesteśmy opinią publiczną Facebooka. My wszyscy jesteśmy też źródłem jego zysków i „surowcem”, dzięki któremu zdobywa on swoje pieniądze. A jednak nie mamy żadnego głosu. Za sprawą kapitalistycznej propagandy uznawani jesteśmy po prostu za „mięso” do cyfrowej obróbki, za wyświetlaczy-konsumentów bez prawa do decydowania o czymkolwiek.

Rozwiązanie docelowe jest proste. Jest nim nacjonalizacja Facebooka, Twittera i innych mediów społecznościowych, to znaczy uznanie ich za własność społeczną i za dobro publiczne bądź wspólne – którymi w istocie są! Nacjonalizacja oznacza automatyczną demokratyzację bo jest poddaniem przedsiębiorstwa społecznej i wyborczej kontroli. W tym przypadku nie wystarczy oddanie cyfrowych gigantów w ręce ich pracowników – ci będą mieć swoje własne, grupowe interesy i cele o charakterze majątkowym. Państwo jest polem walki i pozostaje oczywiście narażone na polityczne naciski czy też triumfy różnych ugrupowań. Niemniej istnieje fundamentalna różnica pomiędzy tym, co państwowe i społeczne, a tym co prywatne i będące poza zasięgiem jakiegokolwiek mandatu demokratycznego.

Facebook jest dziś imperium większym od większości krajów świata. A Mark Zuckerberg jest w obecnej chwili jednostką posiadającą polityczne wpływy, którym dorównują jedynie wpływy nielicznych miliarderów oraz najpotężniejsze imperia. Zuckerberg posiada je tylko dlatego, że jest właścicielem Facebooka i jego kulturowych środków produkcji. Może więc kontrolować i sterować użytkownikami swojego serwisu nawet bez ich wiedzy sprawując tym samym kontrolę nad politycznymi losami ogromnych obszarów świata. Te wszystkie prawa nie zostały mu nadane przez społeczeństwo, przekazane w wyniku jakiegoś głosowania albo uzyskane w rezultacie merytorycznego konkursu i z eksperckiego nadania. Właściciel Facebooka jest królem politycznej opinii internetu, ponieważ kapitalizm umożliwia skrajnie niesprawiedliwe panowanie jednostki ponad milionami nieposiadających, biedniejszych i pozbawionych prawa do decydowania o swoim życiu. Ludzie niezamożni są tylko przedmiotem reklam możnych, niczym więcej.

Pozornie celem Facebooka pozostaje jedynie „niegroźne” pomnażanie zysku, lecz w rzeczywistości dzieje się tu znacznie więcej. Facebook często nie chce pieniędzy od lewicowych stron i blokuje im możliwości reklamowe. Facebook autorytarnie decyduje też o tym, co jest, a co nie jest ekstremizmem i co zasługuje na egzystencję, a co jest skazywane na niebyt i absolutną marginalizację. Facebook steruje też zasięgami serwisów i bez czyjejkolwiek wiedzy jego administratorzy mogą podbijać, czy też zmniejszać zasięgi określonym materiałom i treściom. Z taką władzą możliwe staje się nawet namówienie ludzi na koniec świata w imię wycieczkowych lotów w kosmos dla grupki miliarderów. Z taką władzą można promować i ośmieszać  w s z y s t k o  i tym samym podprogowo sterować społeczeństwem. Posługując się najmroczniejszymi praktykami z zakresu inżynierii społecznej i jej technikami manipulacji można przykładowo wykreować modę na farbowanie bananów na niebiesko, można generować społeczną miłość i nienawiść, można wreszcie skazywać na zapomnienie i niebyt najokrutniejszą przemoc i nędzę.

Najszybszym wyjściem z tej sytuacji jest przekształcenie cyfrowych gigantów w przedsiębiorstwa regionalne o ściśle określonej odpowiedzialności, gdzie o ich zarządzie decydowałyby regionalne sejmy i ciała przedstawicielskie. Aby do tego doszło wpierw likwidacji ulec musi jednak społeczna funkcja i pozycja jednoosobowego miliardera-właściciela. Stawką jest nie tylko istnienie lewicowych stron, antysystemowych i krytycznych mediów czy nawet ratowanie świata przed katastrofą społeczną i klimatyczną. Główną stawką jest w tym przypadku świadomość człowieka i jego wolność. Obecnie sięgając po telefon z aplikacjami Facebook i Messenger sięgamy po programy, które chcą pochłonąć jak najwięcej naszego czasu i naszej uwagi, i  ż ą d a j ą  od nas orgiastycznego kupowania. Czynią z nas konsumencką zombie-masę, po latach użytkowania niezdolną do skupienia uwagi na dłuższych tekstach i bardziej złożonych problemach. Są to twory wrogie ludzkiemu dobrostanowi a jednocześnie odpowiedzialne przecież za edukację i wychowanie młodzieży w stopniu równym lub większym nawet od systemów szkolnictwa. Kapitalizm istotnie cieszy się nawet z takiej sytuacji – przyklejenie młodzieży do kilku łatwo poddających się cenzurze aplikacji to lepsza i bardziej wydajna od innych forma społecznej socjalizacji: kształcenia do funkcji niewolnika w systemie taniej pracy, systemie krótkiego myślenia i systemie zgody na skrajne nierówności. W ostateczności zaś to kształtowanie przyzwolenia na spalenie planety w imię zysku.

Alternatywą są uspołecznione, poddane państwowej kontroli aplikacje i programy, które nie byłyby społecznie wyobcowane i sprowadzone do kapitalistycznej roli w walce o zysk, lecz pełniłyby publiczną posługę. Zamiast reklam mielibyśmy kampanie społeczne i informacyjne. Zamiast ideologii opartej na maksymalnym pożeraniu naszego czasu i przykuwaniu nas do ekranu na jak najdłużej, aplikacje troszczyłyby się o to, żeby wyłączyć je po pewnym czasie, a algorytmy budowane byłyby w taki sposób, żeby pod naszą kontrolą i w krótkim czasie zapewnić nam przegląd interesujących nas informacji. Zamiast nieprzejrzystej dyktatury anonimowych administratorów mielibyśmy media społecznościowe z administratorami będącymi funkcjonariuszami publicznymi, występującymi pod imieniem i nazwiskiem, którzy odpowiadaliby za swe decyzje i odpowiadaliby przed krajowym i międzynarodowym prawem za jego łamanie…

To wszystko jest możliwe. W społeczeństwie, które zakwestionuje dotychczasowe, kapitalistyczne stosunki i ich wyłącznie pozorną demokratyczność. Zbudować taki świat mogą jednak wyłącznie polityczne siły niebędące ich beneficjentem i zdające sobie sprawę ze wszechobecności kapitalistycznej cenzury.

Komentarze

Redakcja nie zgadza się na żadne komentarze zawierające nienawistne treści. Jeśli zauważysz takie treści, powiadom nas o tym.
  1. Polecam zapoznać się z ideą Fediwersum. To działa i ma się nieźle. Trzeba dywersyfikować swoje kanały dotarcia.

  2. Po pierwsze, rzeczywiście społecznościowe aplikacje istnieją i są coraz popularniejsze, mam na myśli różne aplikacje w świecie fediversum.
    Po drugie, czy konsekwentnie wywalicie wtyczki do FB, Twittera i Google? Zgadzam się w pełni z tezami artykułu, ale to mniej więcej tak jakby powiedzieć, zgadzam się, że ziemia kręci się wokół słońca. Korzystając z FB, publikując tam treści, dokarmiamy go, niezależnie od tego, co to za treści. Im więcej lajków, tym bardziej go karmimy…
    Nie komentuję tego artykułu na fb, a jednak, jeśli podam adres e-mail poniżej, to narażam się na możliwość śledzenia przez FB. Przemyślcie to.

  3. Właściwym rozwiązaniem nie jest nacjonalizacja Facebooka i innych mediów społecznościowych, tylko ich LIKWIDACJA i powrót do tego co było wcześniej – zdecentralizowanego Internetu, nie kontrolowanego przez jedną platformę/firmę.
    Nie od dziś było wiadomo, czym jest Facebook, więc rozsądnie było (i jest) mieć własną stronę i tam zamieszczać wszelkie treści (a na profilu FB tylko co najwyżej linki do nich), a nie opierać swoje istnienie w sieci wyłacznie na łasce i niełasce Facebooka. Że „łaska pańska na pstrym koniu jeździ” to wiadomo nie od dziś.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz także

Ciemna strona mikropracy

Co by było, gdyby praca oznaczała zabawę, a ciężka praca nie oznaczała prawie w ogóle prac…